Zawał serca. Przysięgam. #BlogRoku

W 1908 roku Karol May wreszcie postanowił wybrać się do USA, by na własne oczy zobaczyć, jak jego książkowe wyobrażenie czerwonoskórych Apaczów ma się do rzeczywistości. Przed podróżą z Nowego Jorku na drugi kraniec Stanów Zjednoczonych – Dziki Zachód z jego powieści – postanowił jeszcze na chwilę wstąpić do Muzeum Historii Naturalnej, by zerknąć na ekspozycję o rdzennych mieszkańcach kontynentu północnoamerykańskiego. To co zobaczył tak bardzo różniło się od zawartości cyklu przygód o Winnetou, że ze strachu ostatecznie nie wyjechał poza obręb stanu Nowy Jork, bardzo szybko wracając do ojczystych Niemiec, unikając tym samym całkowitego załamania nerwowego.

Dlaczego o tym piszę? Bo czułem dokładnie to samo 3 marca na kilka minut przed 21:00, kiedy ze sceny w zupełnie innym muzeum, w zupełnie innym miejscu Tomasz Raczek wyczytał moje nazwisko.

Jeszcze na kilka dni przed Galą wieńczącą 10. jubileuszową edycję konkursu Blog Roku mocno zastanawiałem się, czy przy tak mocnej stawce uczestników, w ogóle warto wybierać się w podróż do stolicy. Patrząc na zwycięzców edycji poprzednich, którzy klasę potwierdzili wielokrotnie przed i wielokrotnie po konkursie, porównując znikomy wpływ na blogosferę prowadzonego na jej peryferiach KWP z potężną pracą, jaką na jej rzecz wykonują inni piszący, naprawdę nie spodziewałem się, że mogę mieć jakiekolwiek szanse na cokolwiek. Do wyjazdu ostatecznie przekonała mnie pani Agata Olejniczak, zapowiadając, że o poranku po uroczystości w hotelu będzie czekać na mnie śniadanie. Tolkienowskim zwyczajem musiałem więc tak przedstawioną propozycję zaakceptować, w ogóle nie przeczuwając, że to może być podstęp.

Oto moje pierwsze zdjęcie na KWP. I prawdopodobnie ostatnie.
Oto moje pierwsze zdjęcie na KWP. I prawdopodobnie ostatnie

Moja czujność została dodatkowo uśpiona w momencie, gdy po przybyciu na galę zostałem oddelegowany na tzw. ściankę, po stanięciu przed którą zostałem całkowicie zignorowany przez licznie przybyłych fotoreporterów. Ale trudno im się dziwić, skoro nawet przy wejściu nie rozpoznali mnie sami organizatorzy, grzecznie dopytując kim w ogóle jestem. Przemykając między ludźmi, których widziałem po raz pierwszy w życiu czułbym się naprawdę zagubiony, gdyby nie znajomy dziennikarz serwisu Stopklatka.pl (@jedrzejbukowski), z którym mogłem trochę pożartować z „bywania” na salonach.

Onet dokonał rzeczy wręcz niemożliwej – oszałamiającą oprawą całej uroczystości sprawił, że 30 nominowanych do nagrody głównej zapaleńców mogło przez te kilka godzin poczuć się naprawdę prestiżowo. Wyprawiona z wielką pompą gala pokazała, że chociaż krytykowany przez niezliczoną masę ludzi konkurs, tak naprawdę nie ma i przez bardzo długi czas nie będzie miał w kraju żadnej konkurencji. W przeciwieństwie do tworzonych na kolanie i publikowanych wyłącznie w internecie rankingów blogów i blogerów, tu każdy uczestnik miał autentyczne wrażenie, że uczestniczy w czymś ważnym.

Prawdopodobnie nie ma mnie na tym zdjęciu (fot. M. Stankiewicz)
Prawdopodobnie nie ma mnie na tym zdjęciu (fot. M. Stankiewicz)

Z drugiej strony te widoczne na każdym kroku pieniądze wpompowane w zorganizowanie takich rozmiarów uroczystości sprawiały, że dało się wyczuć stres unoszący się nad nominowanymi. Denerwowałem się również ja nawet pomimo faktu, że nie spodziewałem się po wizycie w Centrum Konferencyjnym Muranów absolutnie niczego. W porównaniu jednak z tym, co przeżyłem w chwili, gdy juror kategorii Literackie i kulturalne wyczytał moje nazwisko, było to jak próba znalezienia cech wspólnych delikatnego szczypania i ugryzienia rekina.

Do tej pory nie pamiętam, co mówiłem po podejściu do mikrofonu, a w związku z faktem, że najbardziej znienawidzone przeze mnie filmy to te z moim udziałem, nigdy się tego nie dowiem. Mam jednak nadzieję, że o nikim nie zapomniałem i również tylu osób nie uraziłem. Czuję się jednak trochę usprawiedliwiony, bo zaiste trudno jest powiedzieć coś sensownego w chwili, gdy największy zaproszony na Galę autorytet wyraża ze sceny swoją opinię na temat tego, co tutaj tworzę. Uznanie w jego oczach, a także nagroda specjalna, którą ufundował wraz z Marcinem Szczygielskim to największy zaszczyt jaki mógł spłynąć na mnie tego wieczoru.

Koniec z anonimowością
Koniec z anonimowością

Gdy kilkadziesiąt minut później pan Jonny Crowe w rozczulający sposób starał się dokonać niemożliwego – przełożyć nazwę niniejszego „bloga” na język polski, wręczając nagrodę główną – doświadczyłem kolejnego, oklepanego nieco, zaniku pamięci. Z następującej po sobie serii wydarzeń pamiętam jedynie przebłyski. Ukłon na scenie, porwanie przez cudowne organizatorki z miejsca, gdzie zamierzałem omdleć, absurdalne szybkie tętno, papier ścierny zamiast języka i fragmenty bełkotu, którym ośmieszałem się przed kamerami. Z katatonii wyrwał mnie dopiero Jarek Guc, który pomiędzy jednym a drugim wywiadem zaczął ze mną rozmawiać na temat niemal zupełnie niezwiązany z tym co się dzieje. Facet, którego widziałem pierwszy raz w życiu, sprawił, że dotrwałem do końca tego maratonu nieprawdopodobieństw w niemal nienaruszonym zdrowiu psychicznym.

Ze wszystkich osób, które mnie przepytywały, tylko jednej udało się ze mnie wyciągnąć nieco składniejszą wypowiedź. Widząc, że jestem bliski zawału reprezentująca Onet Alicja Kosterska poprosiła mnie o krótką rozmowę w miejscu nieco bardziej wyciszonym. Bez blasku fleszy, bez świadków innych niż ukradkiem włączony dyktafon. Chyba tylko ona zrozumiała, że nie bez powodu w internecie zdecydowanie bardziej preferuję anonimowe pisanie, niż prowadzony pod nazwiskiem wideoblog.

Hafija, wraz z którą byliśmy katalizatorami sporu wśród jury. Cudowna osoba, która w przeciwieństwie do KWP, robi coś naprawdę ważnego.
Gratuluję wszystkim, którzy mieli odwagę poddać swoją twórczość pod ocenę surowego gremium. Do samego końca obrad jury wraz z Hafiją (na zdj.) szliśmy łeb w łeb. W normalnym starciu poległbym w przedbiegach. Chylę czoła.

Po ostatnim z wywiadów przyszła pora na post-imprezę, z której zdążyła się już ewakuować większość osób. Te, które się ostały wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Piszę tu przede wszystkim o absolutnie fenomenalnych Sylwii i Marcie z bloga Książki Mojej Siostry, powalającej optymizmem Kasi Czajce ze zwierza popkulturalnego (która kibicowała wspomnianym dziewczynom, czego nie zapomnę jej tak samo jak rozmowy o Jamesie Joysie), uroczej i zaskakującej Ani Samsonowicz (jak się okazało, z mojego rodzinnego miasta), Oliwii Milion która wprawiła mnie w zakłopotanie nieśmiałą prośbą o wspólne zdjęcie, przesympatycznym Marcinie Iwuciu z nagrodzonych na gali Finansów Bardzo Osobistych i zawsze profesjonalnemu Michałowi Szafrańskiemu, z którym wreszcie miałem okazję wymienić kilka zdań na żywo. Dziękuję, że mieliście ochotę podejść i porozmawiać. Tak po prostu.

Dziękuję też Justynie Mazur (gratuluje wspaniałej twórczości!) oraz Konradowi Kruczkowskiemu, za rozmowy tu i ówdzie o poranku oraz tego samego dnia wieczorem już z oddali. Przepraszam, że tak obcesowo przerwałem Wam ciekawą wymianę zdań w Szczerotoku.

Chciałbym umieć się tak odnajdywać przed kamerami jak oni
Chciałbym umieć tak odnajdywać się przed kamerami jak oni

Przede wszystkim dziękuję jednak wiernym czytelnikom, którzy nie wiedzieć czemu naprawdę uwierzyli, że KWP może coś w tym konkursie osiągnąć. Bez Was by mnie tu nie było.

EPILOG

Niektórzy zdążyli mnie skrytykować za to, że we wszystkich wypowiedziach już po wydarzeniach wieczoru 3 marca zamiast o blogowaniu, misji, źródłach, z których czerpię tematy na KWP, za każdym razem w pewnym momencie zaczynałem mówić o rodzinie. W chwili absolutnie najwyższego poziomu stresu moje myśli mimo woli wędrowały w kierunku osób, przy których czuję się swobodnie i bezpiecznie. To dzięki nim w przeciwieństwie do wspomnianego we wstępie Karola Maya nie musiałem uciekać z rozpaczy widząc, jak bardzo moje wyobrażenie o Gali wieńczącej konkurs Blog Roku 2014 różniło się od rzeczywistości. May miał tylko wymyślonego Old Shatterhanda, a ja posiadam skarb większy, niż on kiedykolwiek umieścił w swoim Srebrnym Jeziorze.

PS: Śniadania ostatecznie nie zjadłem, ale to już temat na zupełnie innego bloga.