Dinozaur sięgnął bruku

I to tak. 21 lat prawdziwej, fanowskiej miłości. 6 koncertów. I od groma wspomnień. Jak złapałam transparent, co to był nim jeszcze przed chwilą owinięty Dickinson (i jak mi ten transparent wyrwali, został mi w ręce skrawek, który długo robił za talizman). Ta klasówka z chemii, na której napisałam „Nic nie umiem, byłam na koncercie Iron Maiden, przepraszam, poprawię” i ta notatka „No chyba że tak, poprawka we czwartek” (poprawiłam). Ten tydzień chodzenia do szkoły z precyzyjnym, sinym odciskiem glana na policzku (dostałam z buta od jakiegoś amatora stage divingu). Albo jak jakiś koleś zerwał rzemyki z szyi i mówi – „w życiu nie widziałem, żeby laska tak nap… pod sceną – masz, w dowód uznania” i ja te rzemyki nosiłam potem z dumą, jak zęby wrogów. O! a ten koncert, jak nic nie widziałam, więc się uśmiechnęłam do kolesia i cmoknęłam go w policzek a chwilę potem mogłam sobie oglądać wszystko z góry siedząc „na barana”.

Tak było. Tak było od 1998 roku (bo wcześniej mi nie było wolno, a jeszcze wcześniej błądziłam słuchając jakiegoś popu, czy czego tam dzieciaki wczesnych najntisów słuchały). Każdy koncert Maiden to było wyczekiwanie, radość i emocje podkręcone na pełen zycher. Zawsze się jakoś dopchało bliżej, widziało więcej. A to Harris wycelował we mnie bas (nie spałam dwie noce), a to jak Bruce polał się wodą to i na mnie kapnęło (o szczęście, o chóry anielskie, o niebiosa otwarte). Koncerty były po to, żeby czuć więcej, mocniej, prawdziwie.

Tym razem tego nie było. Golden Circle zaczynał się daleko od sceny a kończył tam, gdzie zwykle bywa już koniec płyty. Scena niemal na wysokości tłumu, co ograniczało widoczność. Panowie jakimś cudem mają jeszcze bujne fryzury i dobrze, bo przez większość czasu tylko one mi migały. Mogłam sobie za to podziwiać gigantyczne telebimy, na których miało się fajny obraz, ale co z tego, jeśli fajny obraz to ja se mogę na blureju w każdej chwili, a nie za trzy ciężko zarobione stówy. Na tyle ciężko, że nie miałam już siły pchać się pod scenę. Na nic nie miałam siły, po koncercie afterparty wyglądało tak, że wypiłam aspirynę i padłam spać. Ale to już mój defekt a nie koncertu – to jasne.

Wracajmy jednak do telebimów, które robiły robotę – faktycznie operatorzy się postarali, kamery pokazywały co trzeba i kiedy trzeba. Potem prawy się zepsuł, ale na szczęście już na finiszu i w ogóle „nie jest prawdą, że dach przeciekał! Szczególnie, że prawie nie padało!” Poważnie, to nie była jakaś większa wtopa. Gorzej, że przez takie a nie inne ustawienie sceny, wzrok naturalnie skupiał się na tym co dało się zobaczyć bez podskakiwania, czy wdrapywania się na sąsiadów – czyli właśnie na ekranach. No ale dajcie spokój! Nie przyszliśmy tu do kina.

Przez większość czasu nie miałam poczucia, że widzę swoich idoli, prawie mogę ich dotknąć. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno, w mniejszych halach i na mniejszych stadionach, kupowałam bilet na płytę, wyskakiwałam ze 150–200 zeta, ale doskonale widziałam zespół, sprzęt, dekoracje – w stu procentach „na żywo”. Tym razem wszystko było:

  • zbyt wielkie (38 000 ludzi – to jest Miś na miarę naszych możliwości!),
  • zbyt odległe (kumpel na fejsie napisał, że niedługo czeka nas era biletów nie na Golden Circle i płytę, ale wszelkie warianty, od Platinium VIP Prestige Circle poczynając. Obawiam się jednak, że wtedy GC będzie pod Radomiem, ale – no umówmy się – czego oczekiwać za marniaszcze trzy stówy? Masz tu dziewczynko telebim i ciesz się, że nie dostałaś miejsca na własnej kanapie przed TV (to będzie zresztą kiedyś sprzedawane jako ”płyta”)
  • zbyt profesjonalne (mówię o samym zespole, sektorach, kamerach, ochronie, stadionie, odseparowaniu tłumu od sceny, kolorowych opaseczkach… Wszystkim – poza nagłośnieniem. Nagłośnienie nie było profesjonalne. Było ch…we. Najpierw myślałam, że to efekt mikrofonu – są takie bajery, że się echo niesie. Ale nie. Tu było po prostu totalnie spierniczone wszystko. Nie wiem, czy przez akustyków, czy przez fakt, że stadion budowano pod mecze piłkarskie a nie imprezy muzyczne. Podobno któreś sektory na trybunach wypełnione były wybrańcami losu, mającymi zacny odbiór. Ja słyszałam wszystkie dźwięki x3 (to dopłacaj sześć stów, cwaniaro!) a poprawnie jedynie sekcję rytmiczną. Inni znów mówili, że praktycznie dla nich nie istniała. Aj–waj. No nie wyszło).

Wyszło za to zespołowi. Bardzo profesjonalnie, bardzo zgrabnie, nawet pomyłki wydawały się wrzucone we właściwe miejsce i czas. Zupełnie jakby wcześniej sztab speców od eventów opracował strategię, minuta po minucie, zgodnie z jakimiś algorytmami i branżowymi trendami. I być może nawet tak było. Pamiętajmy, że ostatni raz, jak ci panowie byli spontaniczni, to były czasy, kiedy Dickinson p…nął papierami i poszedł przeżywać kryzys wieku średniego, realizując się poza strukturami, w solowych działaniach. W końcu jednak wrócił. Ale wbrew temu, co śpiewa zupełnie inny Mistrz: „jeśli zechcesz odejść, odejdź; jeśli zechcesz – wróć/nic się przecież w nas nie zmieni przez te dni”, zmieniło się w nim sporo. A przynajmniej na to wygląda.

Zaczął myśleć jak dyrektor marketingu, inwestor, założyciel firmy, czy kim on tam jeszcze po drodze został. Biznesowo. Eventowo. Harris chyba już wcześniej myślał w ten sposób. Może właśnie dlatego Maideni zawsze mieli kawałki pisane pod koncerty (to te, w których jest jakieś oooooooooo OOOOOO, albo w refrenie coś powtarza się jak przy porysowanej płycie – to takie schematyczne i zawsze ich za to kochałam. Wszyscyśmy ich za to kochali.), zawsze też były motywy, takie jak Eddie wkraczający we właściwym momencie, czy sama główka (to Eddie the Head, w końcu) podczas kawałka „Iron Maiden”. Ale mimo to był jakiś spontan, jakaś iskra. I właśnie tym, co najbardziej różni starych od nowych Maidenów jest niemal na pewno energia twórcza vs jej brak. Chłopaki teraz robią co do nich należy i tyle. Robią to doskonale, są mistrzami, profesjonalistami. Sięgnęli szczytu i rozbili na nim obóz. Jednak tu już nic nowego się nie wydarzy. To korpo – dysponujące najlepszymi fachowcami, poprawne, ciężkie, stabilne. A nie chwiejny startup, który może zrewolucjonizować świat, albo zniknąć tak szybko jak się pojawił.

I może przez ten brak iskry, nie wyniosłam talizmanu, siniaka na gębie, rzemyka na pamiątkę. Nie wyniosłam nic poza kilkoma zdjęciami i poczuciem, że stało się coś złego. Że jestem stara i zmęczona. Że Maideni już też są starzy i zmęczeni. Że świat skończył się dawno temu, a teraz kręci się jeszcze siłą rozpędu. Ajjj.

PS: Prawie zapomniałam – był jeden moment, w którym poczułam, że to ten sam zespół, który nie bał się wypuścić winyla z okładką, na której Eddie masakruje Margaret Thatcher. Bisy. Scena nagle robi się granatowa a wokół pyszczka Eddiego żółte reflektory. Całość jak flaga Unii Europejskiej. Krótki wstęp Dickinsona, o tym, że wszyscy jesteśmy równi. I kawałek „Blood Brothers” z tekstem:

„There are time when I feel I’m afraid for the world
There are times I’m ashamed of us all
When you think that we’ve used all our chances
And the chance to make everything right
Keep on making the same old mistakes
Makes untipping the balance so easy”

No cóż, przynajmniej znamy ich zdanie w kwestii Brexitu.

PPS: Z Mejdenami mam trochę tak, jak z rodziną. Ja mogę narzekać, ale jak ktoś spoza kręgu narzeka, to nadal mam ochotę iść na solo. Za szkołą. Po lekcjach. Cykasz?

PPPS: Autorką relacji z koncertu Iron Maiden na Stadionie Miejskim we Wrocławiu jest Olga z bloga Sloganopis. Propsuję.