19 lat nie czytałem Harry’ego Pottera i nigdy o tym nie słyszałem

Chociaż książkowego Harry’ego Pottera nie ma z nami już od ponad dziewięciu lat, chociaż ostatnio przypomniał o sobie na deskach londyńskiego West-Endu („Harry Potter i przeklęte dziecko” miał swoją premierę 30 lipca), chociaż dzięki częstym telewizyjnym powtórkom jego filmowych przygód postać mogła się znudzić nawet najzagorzalszym fanom, niewiele osób wie, że w czasie swojej edukacji w Hogwarcie wraz z czarodziejem Gondalfem i grupą krasnoludów próbował obrabować, a następnie przyczynił się do śmierci potężnego smoka, strzegącego swojego skarbu we wnętrzu góry. Brzmi dziwnie znajomo? Nic, z braku lepszego słowa, dziwnego.

Seems legit.

Seems legit.

Popularność, jaką na przełomie wieków zdobyła seria sygnowana nazwiskiem J.K. Rowling przerosła chyba oczekiwania nawet samej autorki, która nagle znalazła się pod wielką presją. Miłośnicy jej twórczości domagali się kolejnych tomów przygód Pottera i spółki, a autorka, w przeciwieństwie do takiego George’a R.R. Martina, starała się wydawać je rok po roku. Jednak nawet przyklejonej niemal 24 godziny na dobę do klawiatury Rowling sztuka ta nie mogła się udać. Kiedy rok po „Czarze ognia” na półki nie trafiła następna część, jęk zawodu niósł się po całym niemal świecie. Dwa lata później „Zakonu Feniksa” wciąż nie było na horyzoncie (premierę miał dopiero w 2003 roku), więc rozgoryczenie fanów narastało. Ale nie wszędzie.

Tutaj, wbrew oczekiwaniom, pełnia zadowolenia.

Tutaj, wbrew oczekiwaniom, pełnia zadowolenia.

W takich na przykład Chinach, piąta książka o czarodziejach z Hogwartu ukazała się z niemal rocznym wyprzedzeniem. I z miejsca zawojowała tamtejszy rynek literacki, bardzo szybko zyskując status bestsellera. Problem w tym, że za „Harrym Potterem i Smoczymi Podchodami” nie stała Brytyjka, ale niezidentyfikowany chiński fałszerz, który zamieniając tytułowego bohatera we włochatego krasnoluda i kradnąc 95% treści od niejakiego J.R.R. Tolkiena, dał światu… przerobionego „Hobbita”.

Na okładce zaś umieszczając smoka ze "Śpiącej Królewny" Disneya i centaura, który wewnątrz się nie pojawia.

Na okładce zaś umieszczając smoka ze „Śpiącej Królewny” Disneya i centaura, który wewnątrz się nie pojawia.

„Harry Potter i Bao Zoulong”, bo powinien brzmieć tytuł podwójnego plagiatu rodem z Państwa Środka, otwiera jednak rozdział niespodziewanie oryginalny, chociaż będący jedynie pretekstem do całkowitej zmiany narracji na dalszych stronach książki. Otóż Harry’emu zostają odebrane wszelkie moce magiczne, kiedy do suchej nitki moczy go tajemnicza ulewa. Na domiar złego, deszcz zmienia naszego bohatera w odrażającego krasnoluda, a dodatkowo przenosi go w czasie i przestrzeni do „pewnej nory ziemnej, ale nie takiej szkaradnej, brudnej i wilgotnej, rojącej się od robaków i cuchnącej błotem, ani też suchej, nagiej i piaszczystej i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni”. Przenosi go do nory hobbita. A to znaczy: nory z wygodami.

Królik, jak się pewnie domyślacie, też nie występuje w utworze. Chyba że z rożna.

Królik, jak się pewnie domyślacie, też nie występuje w utworze. Chyba że z rożna.

W tak znajomy sposób zaczyna się rozdział II chińskiej podróbki, a kolejnych 18 od Tolkienowskiego „Hobbita” odróżniają tylko imiona głównych bohaterów, zaczerpnięte z serii o Potterze. Harry więc znajduje magiczny pierścień, spotyka w jaskini dziwnego stwora jedzącego surowe ryby i lubującego się w rozwiązywaniu zagadek, ucina sobie pogawędkę ze smokiem, jest świadkiem jego śmierci, jak również ogromnej bitwy toczonej przez pięć ras na polach opodal góry w której ów zionąca ogniem bestia się skrywała. A po wszystkim wsiada na miotłę i wraca do Anglii, gdzie od miesiąca szukają go znienawidzeni opiekunowie i którzy dla „młodocianego przestępcy” szykują coś znacznie gorszego, niż pokój pod schodami. Krótko mówiąc, całość, choć mocno oderwana od hogwarckiej rzeczywistości, mocno przypomina jedną z powieści Rowling.

Tytuły rozdziałów, jak widać na zdjęciu, są również praktycznie słowo w słowo przeniesione z kart "Hobbita".

Tytuły rozdziałów, jak widać na zdjęciu, są również praktycznie słowo w słowo przeniesione z kart „Hobbita”.

Ta ostatnia jednak, co nie zaskakuje, nie była zadowolona z szybko rozchodzącej się po Chinach nielegalnej kontynuacji i wraz ze szwadronem prawników z wydawnictwa Bloomsbury, doprowadziła do zakazu rozpowszechniania „Smoczych Podchodów”. A my wiemy, czym się takie zakazy ostatecznie kończą. „Powieść” zyskała jeszcze większą popularność i do dziś można ją znaleźć tu i ówdzie na ulicznych straganach Pekinu, czy innych metropolii, z których zagraniczni turyści rozwożą ją po świecie.

Cholera, na takim tle nie wygląda źle.

Cholera, na takim tle nie wygląda źle.

Szacuje się, że w obiegu jest przynajmniej 17 milionów kopii nielegalnych kontynuacji „Harry’ego Pottera”, z czego „Bao Zoulong” jest tą najbardziej szemraną. Oprócz niej, bo jak się pewnie domyślacie, sukces jednej podróbki spowodował wysyp następnych, na rynku chińskim znaleźć można takie dzieła jak Harry Potter i „…porcelanowa laleczka”, „…wielki komin”, „…hydrofobiczna perła”, „…krewny Księcia Pół-krwi”, „…chińscy uczniowie w Hogwarcie” oraz „…rozstrzygające starcie”. Ta ostatnia jest fałszywą wersją ostatniego tomu pisanego przez Rowling, w Chinach zaś wydana na dziesięć dni przed premierą wersji właściwej. Kto jak kto, ale Chińczyk to na pewno potrafi.

Źródła: