Małpi interes przy kamienicy w stolicy

O tym, że warszawska Starówka, jest właściwie nowiówką – wiadomo powszechnie. Równie powszechna jest wiedza o tym, że współczesne budynki odbudowywano między innymi na podstawie obrazów Canaletta. Niewiele osób jednak wie, że ślepo ufając geniuszowi tego ostatniego, po niemal dwustu latach dokończono pieczołowicie zaplanowaną zemstę artysty, którą obecnie nazwalibyśmy pokazaniem środkowego palca zalegającemu z wypłatą pracodawcy.

(fot. Wikipedia)
(fot. Wikipedia)

Ulica Miodowa. Zabudowa typowa dla Starego Miasta. Ale już bardziej wytworna, niż w przypadku okolic Placu Zamkowego. Obok kamienic mamy tu chociażby zgrabną bryłę Pałacu Branickich. Zgrabną i bogato zdobioną typowymi dla epoki figurami alegorycznymi i kartuszami herbowymi. Są cycate nimfy, są wesołe putta, jest też… jedna szpetna małpa. Zupełnie nie pasująca do reszty. Zastygła w przysiadzie z chytrym uśmieszkiem i owocami w dłoni.

Taka wizja? Owszem, ale nie architektów, jeno malarza. Okazuje się bowiem, że małpy na zburzonym w czasie wojny pałacu w ogóle nie było. Pojawiła się natomiast na jednym z dzieł Bernardo Bellotto i tam wypatrzono ją podczas przygotowań do odbudowy zrównanej z ziemią stolicy. Żart malarza wzięto na poważnie. Po niemal dwóch stuleciach.

Ulica Miodowa, obraz Canaletta. Znajdź małpę, a dostaniesz banana.
Ulica Miodowa, obraz Canaletta. Znajdź małpę, a dostaniesz banana.

Jaki – obok zwykłej beki – mógł być powód namalowania małpy na dachu u Branickich? Jedna z wersji – nie umiem jej potwierdzić, ale po 13 latach w reklamie, jestem w stanie ją łyknąć bez popitki – jest taka, że Canaletto nie dostał od Branickich wynagrodzenia za jakąś fuchę. Krótko mówiąc, po skończonej robocie, dowiedział się, że „będzie miał do portfolio”. W takim wypadku oliwa sprawiedliwa, nawet jeśli trzeba było poczekać (mam nadzieję, że istnieją zaświaty, w których Canaletto miał szansę poturlać się po podłodze ze śmiechu).

"LOL" -- Canaletto, 23 czerwca 1777.
„LOL” — Canaletto, 23 czerwca 1777.

Za powyższą opcją przemawia także fakt, że nie byłby to pierwszy konflikt na linii Braniccy – artyści. W czasie budowy rezydencji, doszło do podziału zdań między nimi, a Janem Zygmuntem Deyblem, projektantem rezydencji. Ostatecznie prace nad pałacem ukończył inny architekt, a obrażony Deybel nie miał tyle śmiałości, by pozostawić po sobie istotę człekokształtną na attyce. Możemy założyć, że poczęstował konfliktową rodzinkę XVIII-wiecznym odpowiednikiem wspomnianego we wstępie anglosaskiego pozdrowienia właśnie.

To jednak wyłącznie domniemania. Prawdą jest natomiast obecność zwierzaka patrzącego dziś na ul. Miodową i jego nieobecność na przedwojennej wersji budowli. Czasem, jak widać, życie naśladuje sztukę.

Autorką małpiej anegdotki jest Olga z bloga Sloganopis

Źródła: