Trzy po trzy #2: KWP czyta, ogląda i (nie) poleca

Jakiś czas temu pomyślałem, że jak na bloga o kulturze mało tej kultury na KWP polecam. I postanowiłem spróbować to zmienić, co jakiś czas pokrótce opisując, jakie trzy książki, trzy filmy i trzy seriale (z tym ostatnim może być różnie) w ostatnich tygodniach przykuły moją uwagę. I czy przykuły ją słusznie. Przed Wami odsłona druga.

PS: Dajcie znać, czy podoba się Wam taka forma (nie)polecania. Z góry uprzedzam, że na pełne recenzje nie mam niestety czasu, a Wy pewnie i tak nie macie go, by je ewentualnie czytać. Aha, nie wahajcie się też pisać w komentarzach, jak bardzo się ze mną nie zgadzacie.

KSIĄŻKI

„Uległość” – Michel Houellebecq

ulegloscMoje pierwsze spotkanie z autorem, którego nazwisko jestem w stanie zapisać dopiero po sprawdzeniu w encyklopedii. I to spotkanie na poły słodkie, na poły gorzkie. Słodkie zwłaszcza we fragmentach, gdzie przedstawia w sumie dość prawdopodobny mechanizm pokojowego (co nie zmienia faktu, że dość przerażającego) przejęcia władzy we Francji przez muzułmanów. Gorzki we fragmentach obyczajowych, przepełnionych niezrozumiałą nieco oralno-analną chucią głównego bohatera, opisywaną jakby po to, by uzasadnić ostatnie dwie-trzy strony „Uległości”. Z drugiej strony, była to jedyna jak dotąd książka, zaczytany w której przegapiłem swój przystanek autobusowy. Także na pewno ma w sobie to coś, co nie pozwala się przez pewien czas oderwać od lektury. A to już chyba dla niektórych wystarczająca rekomendacja.

„Hyperion” – Dan Simmons

hyperion„Hyperiona” w swojej kolekcji miałem już od dawna, jednak dopiero ostatnio zdecydowałem się na jego lekturę. Nie pamiętam już co ostatecznie mnie do tego pchnęło, ale wiem że była to decyzja odwlekana niesłusznie. Z książką Simmonsa powinienem był zapoznać się już dawno, jeszcze przed lekturą innych powieści czy to science-fiction, czy też space opera. „Hyperion” nie zalicza się jednoznacznie ani do jednego, ani do drugiego gatunku. To powieść, która z każdą kolejną stroną zaskakuje, za sprawą opowiadających historię bohaterów zmieniającą styl i rozmach. To błyskotliwa wariacja na temat „Opowieści kanterberyjskich”, misternie budująca mit wokół twórczości Johna Keatsa, zawierająca w sobie nieskończoną liczbę nawiązań do innych dzieł literackich, a będąca sama w sobie porywającą podróżą w nieznane. Z całą pewnością była to jedna z najlepszych książek, jaką przeczytałem w życiu.

„Wielki szort” – Michael Lewis

wielki-szortChociaż autor bardzo się starał, aby genezę kryzysu finansowego opisać jak najprzystępniej, momentami męczyłem się czytając o kolejnych instrumentach finansowych. Jak sam napisał, niektórych tych mechanizmów nie rozumieją nawet ludzie na Wall Street, więc czytelnik z góry skazany jest na niepowodzenie. Zdecydowanie lepiej od książki robi to film „Big Short”, któremu może łatwiej ze względu na fakt, że przy okazji tłumaczenia pogmatwanych zależności między instytucjami finansowymi posługuje się ilustracjami. Przykładami, które zrozumie nawet osoba, która nigdy od nikogo nie pożyczyła pieniędzy. Dlatego to produkcję Adama McKaya polecam nad książkę Michaela Lewisa, chociaż i jedna i druga warta jest naszej uwagi. A osoby winne bankom pieniądze za kredyt hipoteczny powinny zapoznać się z nimi obowiązkowo.

FILMY

„Nowy początek” („Arrival”), reż. Denis Villeneuve

arrivalMoja żona nazwała go najlepszym filmem, jaki widziała w tym roku i jednym z najlepszych w ogóle. Ja co prawda nie wystawiłbym bardzo stonowanej, fantastycznie nakręconej opowieści Denisa Villeneuve’a oceny maksymalnej z racji tego, iż ma kilka wad, ale prawdą jest, że to najlepszy film science-fiction, jaki widziałem od kilku dobrych lat. A teraz, żeby było ciekawiej, tego science-fiction tak naprawdę za wiele w nim nie ma, bo „Nowy początek” to w gruncie rzeczy obyczaj o problemach w komunikacji – nie tylko z najeźdźcami z kosmosu, ale także między ludźmi. To niezwykle emocjonalna historia, oglądanie której, za sprawą fenomenalnej kreacji Amy Adams, może doprowadzić do płaczu. Na moim pokazie łkały niemal wszystkie kobiety, faceci zaś, co ciekawe, doskonale te wylewane łzy rozumieli. Wielu krytyków nazywa „Arrival” nową „Odyseją kosmiczną” czy też „Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia” i trudno się z nimi nie zgodzić. Osobiście nie szedłbym w tak dosadne porównania, ale jednego jestem pewien – kontynuacja „Łowcy androidów” jest w naprawdę dobrych rękach.

„Doktor Strange”, reż. Scott Derrickson

doctor-strangePo ostatnim „Kapitanie Ameryce” obiecywałem sobie, że definitywnie kończę z Marvelem i kinem superbohaterskim, jednak wyciągnięty do kina przez brata zbytnio nie oponowałem. Wszak nie co dzień można oglądać na ekranie Benedicta Cumberbatcha w roli kompletnie niepasującej do jego dotychczasowego emploi. I właściwie nie żałuję tego wypadu właśnie ze względu na humor, jakim serialowy Sherlock oraz urocza Rachel McAdams, ożywali totalnie drętwą historię. Jeśli oglądaliście pierwszego „Spider-Mana”, „Iron Mana”, „Hulka” czy wspomnianego „Kapitana”, Doktora Strange’a możecie sobie w zasadzie odpuścić. Tak jak i wymienione produkcje charakteryzuje go schematyczność, przewidywalność oraz kiepski czarny charakter, co oczywiście można by Marvelowi wybaczyć, gdyby nie fakt, że uprawiają recydywę. Łapałem się więc na ziewaniu i zerkaniu na zegarek (mimo iż film to dość krótki), ale jakoś, głównie dzięki Cumberbatchowi, do końca dociągnąłem. Wiem jednak, że kolejna część nie przyniesie już takiego zaskoczenia, także już teraz podjąłem decyzję, o jej sobie odpuszczeniu. Zwłaszcza że sceny w trakcie i po napisach raczej nie zwiastują wielkich rewolucji.

„Coś za mną chodzi” („It follows”), reż. David Robert Mitchell

it-followsOd ponad roku stał na mojej półce i wreszcie zdecydowałem się rzucić na niego okiem, zachęcony opiniami znajomych. Trzeba oddać Mitchellowi, że pomysł na fabułę miał na pierwszy rzut dość niecodzienny (z tego co czytałem wynika, iż całość mu się kiedyś przyśniła), acz w przeszłości z pewnością nie raz oglądał japoński „Krąg”. Tu zamiast wirusowej taśmy wideo przekazuje się drogą płciową kroczącą za nosicielem śmierć. Śmierć, która może przybrać dowolną postać, ale której zachowanie jest zawsze takie same – spokojnie kroczy w kierunku straceńca, dopóki ten nie prześpi się z inną osobą, zrzucając z siebie, przynajmniej na pewien czas, okrutne brzemię. Symbolika, jak widzicie po tym karkołomnym opisie, jest dość łopatologiczna, niemniej całość śledzi się z niesłabnącym zainteresowaniem pomimo nawet faktu, że głównymi bohaterami jest grupa nastolatków. I gdyby w końcówce fabuła nie zadała kłamu zasadom, które scenarzysta ustanowił na samym początku filmu, całość zasługiwałaby na naprawdę wysoką ocenę.

SERIALE

„Mr. Robot” (USA)

mr-robotMoja przygoda z „Panem Robotem” rozpoczęła się nieco od dupy strony. Otóż zasłyszałem w biurze żarliwą mowę kolegi, który tak dosadnie punktował scenariuszową mieliznę serialu Sama Esmaila, przy okazji wzbudzając konsternację zachwyconych produkcją stacji USA innych pracowników firmy, iż postanowiłem sprawdzić, która ze stron jest bliżej prawdy. Co się okazało? Zarówno on, jak i skonsternowani mieli rację. „Mr. Robot” scenariuszowo faktycznie leży, chociaż twórcy dwoją się i troją, by ukryć jego mankamenty. Główny bohater już w pierwszym odcinku daje nam do zrozumienia, iż jest narratorem niewiarygodnym, co z jednej strony pozwala widzom popuścić wodze fantazji, a z drugiej wytrąca z rąk malkontentów wszelkie argumenty. Dziur jest tu bez liku, ale trudno mieć do twórców pretensje, kiedy ich bohater sam dziurawy jest i basta. Wielka wolta, o której trąbił internet w momencie, kiedy pierwszy sezon miał się ku końcowi tak naprawdę oczywista jest już od pierwszej minuty, jednak nawet to szczególnie nie przeszkadza w odbiorze całości. Spora w tym zasługa wcielającego się w głównego bohatera Ramiego Maleka (nie wiem skąd go wziął Esmail, ale to obsadowy strzał w dziesiątkę), a także wszelkich hakerskich smaczków, rozsianych po wszystkich dziesięciu odcinkach. Powiem więcej – hakowanie jeszcze nigdy nie wyglądało tak wiarygodnie i choćby dlatego warto zwrócić uwagę na „Mr. Robota”. Drugiego sezonu jednak oglądać już mi się nie chce.

„Peaky Blinders” (BBC)

peaky-blindersSerial Stevena Knighta, którego znałem wcześniej za sprawą ciekawego „Locke’a” z Tomem Hardym, wziął mnie z zaskoczenia. Nie planowałem rozpoczynać z nim przygody, zajęty raczej kończeniem prac nad książką i pisaniem wpisów na KWP, ale kiedy małżonka wrzuciła go na ekran z Netfliksa z miejsca zostałem zahipnotyzowany. Początkowo nie tyle samą historią (ileż to razy widziałem już dzieje rodziny kryminalistów), ale jej wizualną i przede wszystkim muzyczną stroną. Żaden z odcinków nie rozpoczyna się standardową czołówką – miast sekwencji otwierającej zawsze mamy tu scenę, pod którą podłożone są różne aranżacje utworu „Red Right Hand” Nicka Cave’a. Ten prosty zabieg od razu wrzuca nas w środek akcji i nie pozwala odetchnąć do końca każdego z trzech dotychczas nakręconych sezonów. Oprócz strony wizualnej (jak to jest nakręcone!) ukłony i brawa należą się każdemu z członków obsady, a to co robi z rolą Tommy’ego Shelby Cillian Murphy to po prostu aktorski majstersztyk. Jednak nie tylko on ciągnie całość – Sam Neill w roli nieprzejednanego inspektora Campbella i Paul Anderson jako neurotyczny brat Tommy’ego Arthur to po prostu wyżyny telewizyjnego (i nie tylko) aktorstwa. Jeśli lubicie gęstą, duszną, zakrapianą wysokoprocentowym whiskey i spowitą oparami nikotyny atmosferę, jeśli jarają was gangsterskie klimaty, fascynuje brudna i śmierdząca Anglia lat 20. XX wieku oraz szukacie wytchnienia od kolejnych produkcji zza oceanu, sięgnijcie po serial zza nieco węższej wody. Sięgnijcie po „Peaky Blinders”.

„Rick i Morty” (Adult Swim)

rick-and-mortyDana Harmona, który wraz z Justinem Roilandem stworzył „Ricka i Morty’ego” niektórzy pewnie znają za sprawą komediowego „Community” (rzecz zaiste fenomenalna, przynajmniej do momentu, w którym Harmona z niego wyrzucono), a ci którym nazwisko to mówi niewiele, czym prędzej powinni odrobić pracę domową. Coś, co w założeniu miało być poniekąd animowaną parodią „Powrotu do przyszłości” (głównymi bohaterami są szalony naukowiec i jego nastoletni wnuczek), w okamgnieniu zostało rozwinięte do pełnoprawnego, autonomicznego dzieła, które porywa mieszanką absurdalnego humoru i mnogością tropów oraz nawiązań do klasyki science-fiction. „Rick i Morty” to serial absolutnie niepoprawny, chociaż zaledwie odrobinę wulgarny. Osobiście nazwałbym go taką „Futuramą” na sterydach – cała naukowa otoczka kultowego serialu Foxa funkcjonuje we wszechświecie dwóch tytułowych bohaterów (są podróże gwiezdne, wycieczki do światów równoległych, zdumiewające wynalazki i fantastyczne przygody), jednak skąpana jest w tak wysokoprocentowej dawce absurdu, iż widz częstokroć nie nadąża za twórcami. Każdy z odcinków na pewno warto oglądać więcej niż raz, aby nie przegapić wszystkich smaczków, jakie zostały w nich ukryte. Na Netfliksie możecie go konsumować w wersji z dubbingiem, ale nieustanne bekanie Ricka w naszym rodzimym języku nie brzmi tak dobrze jak w oryginale. Dlatego też zdecydowanie bardziej zalecam ten ostatni.