10 najlepszych filmów 2016 roku wg KWP i czytelników

Pod koniec ubiegłego tygodnia poprosiłem czytelników KULTURĄ W PŁOT o wskazanie najlepszych filmów, seriali, książek, albumów i gier 2016 roku. Początkowo chciałem opublikować podsumowanie głosowania zbiorczo, jednak w związku z dużą liczbą głosów i propozycji, zdecydowałem się podzielić je na 3 różne wpisy, które razem złożą się na nasze wspólne podsumowanie ostatnich 12 miesięcy. Pierwsza jego część poświęcona jest filmom. Przed Wami więc pięć najlepszych produkcji 2016 roku zdaniem KWP, pięć najlepszych zdaniem czytelników oraz 15 innych, na które warto było zwrócić uwagę w kończącym się właśnie roku. I nadrobić je w przyszłym.


Zanim przejdę do mojej piątki, chcę jedynie nadmienić, iż nie widziałem wszystkich premier 2016 roku i kilka rzeczy mam do nadrobienia. Poniższych pięć filmów to jednak te pozycje, które najbardziej zapadły mi w pamięć – każdy z zupełnie innego powodu. Pozostałe na szczęście w porę docenili czytelnicy KWP, więc z czystym sumieniem mogę o nich wspomnieć również w tym wpisie.

Pokój („Room”)

room

The Room

Nie oglądałem go w chwili premiery – udało mi się go jednak nadrobić w wakacje, dość nieszczęśliwie w drodze z północy na południe Polski, w zatłoczonym autobusie. Nieszczęśliwie, gdyż tłum zasiadający wokół widział i słyszał, jak pociągałem nosem przy jednoczesnym wycieraniu spływających po policzkach łez. Generalnie zazwyczaj nie podchodzę wybitnie emocjonalnie do opowiadanych na ekranie historii, ale opowieść o więzionej i gwałconej przez wiele lat matce, która zdecydowała się wbrew jakiejkolwiek logice wychować dziecko, syna swojego oprawcy, wstrząsnęła mną do głębi. Dokładnie w połowie filmu jest taka scena, która tak bardzo trzymała mnie na krawędzi fotela, że iż po jej rozwiązaniu czułem wręcz skurcze. I chociaż może się wydawać, że oglądanie takiej produkcji nie należy do przyjemnych, zdecydowanie warto poświęcić jej czas, gdyż ostatecznie to te pozytywne emocje zapamiętamy z niego najbardziej.

Creed: Narodziny legendy

creed

Creed

Do najnowszej i ostatniej prawdopodobnie fabuły poświęconej legendarnemu Rocky’emu podchodziłem raczej z rozbawieniem niż ciekawością. Zastanawiałem się raczej, jak bardzo nieprawdopodobna może być kolejna odsłona jego perypetii, kiedy w ostatniej słaniający się na nogach starzec prawie pokonał młodego zabijakę. I chociaż w tytule filmu próżno szukać „Rocky’ego”, to jest to w zasadzie opowieść po raz kolejny poświęcona Włoskiemu Ogierowi. W sumie na drugim planie, ale nadal w roli głównej, tym razem jako trener syna swojego przyjaciela z ringu. „Creedowi” sercem jednak bliżej „Wojownikowi” czy „Fighterowi”, niż pierwszemu „Rocky’emu”, jednak z drugiej strony, jest to najlepsza odsłona serii po pierwowzorze z 1976 roku. I zdecydowanie zasłużona nominacja do Oscara dla Stallone’a, za nie mniejszą dawkę wrażeń niż 40 lat temu. I to właśnie bez dwóch zdań jemu należała się statuetka.

Nice Guys: Równi goście

nice-guys

Nice Guys

Na film poszedłem zaintrygowany fenomenalnym zwiastunem, obawiając się nieco, iż to co w nim pokazano, może być w zasadzie wszystkim, co do zaoferowania miał Shane Black. W jakże wielkim błędzie jednak byłem! W mości Blacka zwątpiłem nieco, kiedy do swojego emploi postanowił włączyć niejakiego „Iron Mana”, ale „Równymi gośćmi” pokazał, że jak ryba w wodzie czuje się właśnie w czarnych i zabarwionych humorem w takim właśnie odcieniu kryminałach. Film o dość niecodziennej parze prywatnych detektywów, momentami strasznie niepoprawny obyczajowo, słownie i fabularnie po prostu urzeka klimatem lat 70. i totalnie zwala z nóg absurdalnie wysokim stężeniem gagów i niecodziennych sytuacji. Black bawi się z widzem przez cały seans – teoretycznie prowadzi scenariusz tak, że kolejne wydarzenia wydają się przewidywalne, jednak z ujęcia na ujęcie autor „Ostatniego skauta” i „Zabójczej broni” niszczy oczekiwania widza prowadząc akcję w zupełnie niespodziewanym kierunku. A Ryan Gosling, jak to się mówi, rozwalił system swoją kreacją nieporadnego, często mocno łajdackiego śledczego.

Nowy początek („Arrival”)

arrival

Arrival

Moja żona nazwała go najlepszym filmem, jaki widziała w tym roku i jednym z najlepszych w ogóle. Ja co prawda nie wystawiłbym bardzo stonowanej, fantastycznie nakręconej opowieści Denisa Villeneuve’a oceny maksymalnej z racji tego, iż ma kilka wad, ale prawdą jest, że to najlepszy film science-fiction, jaki widziałem od kilku dobrych lat. A teraz, żeby było ciekawiej, tego science-fiction tak naprawdę za wiele w nim nie ma, bo „Nowy początek” to w gruncie rzeczy obyczaj o problemach w komunikacji – nie tylko z najeźdźcami z kosmosu, ale także między ludźmi. To niezwykle emocjonalna historia, oglądanie której, za sprawą fenomenalnej kreacji Amy Adams, może doprowadzić do płaczu. Na moim pokazie łkały niemal wszystkie kobiety, faceci zaś, co ciekawe, doskonale te wylewane łzy rozumieli. Wielu krytyków nazywa „Arrival” nową „Odyseją kosmiczną” czy też „Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia” i trudno się z nimi nie zgodzić. Osobiście nie szedłbym w tak dosadne porównania, ale jednego jestem pewien – kontynuacja „Łowcy androidów” jest w naprawdę dobrych rękach.

Wołyń

wolyn

Wołyń

Gdybym miał wskazać najstraszniejszy film, jaki widziałem w życiu, bez wątpienia byłby to „Wołyń”. Przez cały seans czułem jakby ktoś jednocześnie wbił mi nóż w serce, a widły w trzewia. Nożem obracał coraz mocniej i szybciej przez cały seans, a widłami przebijał brzuch przez ostatnie 45 minut. Wbrew pozorom jednak, nie jest to jedynie orgia przemocy. Smarzowski nakręcił dzieło złożone, które pokazało wszystko to, co doprowadziło do tej masakry. A pokazało, że najstraszniejszy jest człowiek. Bez różnicy czy Ukrainiec, Niemiec, banderowiec, nazista czy nawet Polak. Kiedy pod koniec projekcji w głowie kotłuje się czysta nienawiść, Smarzowski zadaje cios najmocniejszy. Pokazuje najdzikszą, najbardziej prymitywną reakcję, na jaką stać pobratymców pomordowanych na Wołyniu. Zachęcam a jednocześnie odradzam oglądania „Wołynia”. Warto wybrać się do kina, bo to rzecz, która zostaje w człowieku. Ale z tego samego powodu sugeruję pozostać w domu. Lub oglądać na raty. Na jeden raz jest to po prostu zbyt mocne. Nawet dla mnie.

A co na to czytelnicy KWP? Poniżej pięć filmów z największą liczbą głosów, plus opisy ode mnie, jeśli też miałem okazje je oglądać. Jeśli nie miałem, to z pewnością wkrótce to nadrobię.

Ostatnia rodzina

ostatnia-rodzina-plakat-polski

Ostatnia rodzina

Czyli najlepszy obok „Wołynia” polski film od czasu „Domu złego” i najwybitniejsze kreacje aktorskie ostatniego ćwierćwiecza w rodzimym kinie. W „Ostatniej rodzinie” nie ma w zasadzie fabuły. To co widzimy na ekranie to pieczołowicie dobrane, fabularyzowane migawki z życia Beksińskich. I wiecie co? Właśnie dzięki temu film Jana Matuszyńskiego wychodzi ze starcia z legendą obronną ręką. Jedynym mankamentem wydaje się gra Dawida Ogrodnika, który w przeciwieństwie do stonowanych kreacji Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej, zbyt mocno szarżuje w swojej interpretacji Tomasza Beksińskiego. Jego postać częściej irytuje niż fascynuje, a to właśnie do tego ostatniego przyzwyczailiśmy się, kojarząc jego głos z audycji radiowych czy interpretacji legendarnych skeczy Monty Pythona. Tutaj mamy zupełnie innego człowieka – zagubionego, samotnego, popadającego wręcz w schizofrenię i jak schizofrenik się zachowującego. Wydaje mi się jednak, że Ogrodnik nie zagrałby w ten sposób, gdyby nie miał ku temu podstaw – a taką z pewnością były materiały archiwalne kręcone przez Zdzisława Beksińskiego, których my mieliśmy okazję oglądać zaledwie kilka. Aktor zaś kreujący popadającego w autodestrukcję człowieka mógł poznać jego życie codzienne zdecydowanie dokładniej, chociaż z tego co pisze Wiesław Weiss w swojej książce, totalnie nie zrozumiał postaci. Mimo wszystko osobiście filmem byłem zachwycony, a w kinie warto było go zobaczyć również dla fenomenalnych zdjęć. Katastrofa lotnicza w nim pokazana to, jak na polskie warunki, prawdziwy majstersztyk.

Zwierzęta nocy („Nocturnal Animals”)

animals

Nocturnal Animals

Jedyny film z pierwszej piątki wytypowanych przez czytelników, którego nie udało mi się zobaczyć.

Oddaję więc głos najpierw Bartoszowi Mazurowi, którego złapałem na Twitterze:

Zwierzęta nocy są idealnie estetyczne, w końcu reżyserował je Tom Ford. Film ani przez chwilę nie jest nudny, intryguje od pierwszej sceny i pozostawia wiele do myślenia po finale. Nie można pozostawić bez uwagi licznych mrugnięć oka reżysera do widza i jakże okrutnie pięknego prologu. Całość dopełnia genialna muzyka Korzeniowskiego i powalająca rola Michaela Shannona. Z całą pewnością było to jedno z najlepszych, jeśli nie najlepsze, co nas spotkało w tym roku w kinie.

Oraz Kindze Tober, która udostępniła swoją krótką recenzję na Filmwebie:

W każdym kadrze widać, że Ford to wielki artysta. Muzyka, oświetlenie, casting – genialne. Gdyby tylko wątek Susan był tak dobry, jak teksański thriller, byłoby arcydzieło.

Deadpool

deadpool

Deadpool

Żyjemy w nieciekawych czasach. Inaczej nie mogę nazwać rzeczywistości, w której każdy kolejny film akcji przygotowywany jest w taki sposób, żeby mogły się na niego wybrać dzieci dwunastoletnie. Dzieci, którym wydaje się, że rozstrzelanie kilkudziesięciu osób w jednej tylko scenie możliwe jest bez przelania jednej kropli krwi. Po co więc w ogóle strzelać, skoro przeciwnik nie krwawi? Po co robić spektakularną samochodową kraksę, w której brak nie tylko ofiar, ale też rannych? W tym zalewie infantylnych, głupich i z roku na rok coraz nudniejszych produkcji, z których większość oparta jest na bardziej (rzadziej) lub mniej (częściej) nieznanych szerzej komiksach, tylko czasem trafiają się prawdziwe perełki. Jedną z nich był zeszłoroczny „Kingsman: Tajne służby”. Drugą, już niekomiksową (chociaż z komiksem związaną), „Mad Max: Na drodze gniewu”. Trzecią zaś jest szturmem podbijający ekrany „Deadpool”. Film, którego wcale miało nie być. (o „Deadpoolu” szerzej pisałem, wzbudzając poniekąd sporo kontrowersji, w tym wpisie)

Służąca („Ah-ga-ssi”)

sluzaca

Ah-ga-ssi

Najnowszy film Park Chan-Wooka, ekranizacja rozgrywającej się w wiktoriańskiej Anglii powieści „Złodziejka” Sary Waters, na potrzeby ruchomych obrazów przeniesiona do okupowanej przez Japończyków Korei. Będąc fanem twórczości reżysera odpowiedzialnego za słynną Trylogię Zemsty, po „Służącej” spodziewałem się kolejnego naginania granic. I nie pomyliłem się. Tym razem jednak zamiast wizualnej maestrii w pokazywaniu przemocy, dostałem gęste od zwrotów w akcji kino, które znakomicie bawi się z widzem, a które przy okazji wręcz nuży maestrią w portretowaniu lesbijskich namiętności. Kiedy zapowiadało się, że „Służącą” ocenię na bardzo mocną dziewiątkę, dostrzegłem, iż reżyser jakby zatracił się w pokazywaniu bardzo ostrych scen damskiego seksu, nieco studząc mój entuzjazm do wychwalania filmu w całej okazałości. (…)

Trzeba oddać twórcy, że sprawił iż widzowie mają na czym zawiesić oko (i nie piszę tu tylko o rozebranych dwudziestokilkulatkach), ale nadmierne rozwodzenie się nad wybujałą seksualnością kobiet i fascynacją dewiacjami wśród postaci męskich, nieco psuje ten naprawdę wciągający obraz. Pornografię zdecydowanie lepiej (i bez porównania bezpieczniej) jest oglądać w domowym zaciszu, aniżeli w wypełnionym po brzegi kinie. Wystarczyłoby skrócić kilka faktycznie zbędnych fragmentów, część dominującego erotyzmu raczej sugerować, niż otwarcie pokazywać, a otrzymalibyśmy prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów roku. (fragment recenzji „Służącej” z podsumowania tegorocznych „Nowych Horyzontów”)

Cloverfield Lane 10

cloverfield-lane-10

Cloverfield Lane 10

W miarę świeżo po seansie „10 Cloverfield Lane” gorąco zachęcałem do szturmowania kin, pisząc trzymający w napięciu przez cały czas trwania thriller, z mistrzowskim zakończeniem, które docenią zwłaszcza fani „The Twilight Zone”, J.J. Abramsa i innej produkcji, o podobnym tytule sprzed kilku lat. I kolejny dowód na to, że nawet małym kosztem można stworzyć naprawdę wielkie kino rozrywkowe. Jak dla mnie jedna z większych niespodzianek 2016 roku. Za te słowa dostało mi się od niektórych czytelników, więc po kilku miesiącach zdecydowałem się do produkcji powrócić. I, jak się okazało, moja opinia nie tylko się nie zmieniła, ale sam film uznałem za jeszcze lepszy, niż przy pierwszym seansie. Spora w tym zasługa Johna Goodmana, który fantastycznie wykreował mocną dwuznaczną postać – nie do końca złego, nie do końca dobrego, ale na pewno mocno popieprzonego wybawiciela. A czytelnicy KWP, chcę wierzyć, że za moją namową, wybrali się do kin i w głosowaniu na najlepszy film tego roku sumarycznie umieścili go na piątym miejscu. Niespodzianka to niespodzianka.

Pozostałe typy czytelników KWP, produkcje, które zebrały więcej niż jeden głos (tytuły mogą się powtarzać): Nowy początek, Wołyń, Zwierzogród, Legion samobójców, Spotlight, Przełęcz ocalonych, Pitbull. Niebezpieczne kobiety, Moje córki krowy, Lobster, Niewinne, Boska Florence, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, System, Śmietanka towarzyska, Alicja po drugiej stronie lustra, Big Short.

I pytanie na zakończenie: czego zabrakło?