20 najpopularniejszych wpisów na KWP w 2016 roku

Tradycyjnie, jak co roku przygotowałem zestawienie 20 najpopularniejszych tekstów opublikowanych w ciągu ostatnich 12 miesięcy na KULTURĄ W PŁOT. Ranking miał się pierwotnie ukazać w sylwestra, niestety w związku z niezapowiedzianym wyjazdem do Warszawy data jego publikacji musiała zostać zmieniona. Niemniej po wielu perturbacjach wreszcie udało się dorobić odpowiednie grafiki i oto jest. Po raz kolejny dla podniesienia poziomu dramaturgii, najpoczytniejszy umieściłem na szarym końcu – miłego scrollowania.

A jeśli zapytacie, po co w ogóle robię taki ranking, to odpowiem, że jego poprzednia edycja uplasowałaby się na miejscu szesnastym i nie zamieściłem jej tu tylko dlatego, iż ukazała się na kilka godzin przed kulminacją sylwestrowej nocy – jeszcze w roku 2015.

Obrazek znany niemal wszystkim. Flaga opuszczona do połowy masztu na znak żałoby narodowej czy też w ramach oddania hołdu zasłużonym rodakom, a czasem nawet obcokrajowcom. Ale czemu właściwie do połowy i skąd w ogóle pomysł, aby manipulować przy maszcie w obliczu tragedii? Odpowiedź jest nie tyle prosta, co dość, hmmm, niezwykła.

Poprosiłem czytelników KULTURĄ W PŁOT o wskazanie najlepszych filmów, seriali, książek, albumów i gier 2016 roku. Początkowo chciałem opublikować podsumowanie głosowania zbiorczo, jednak w związku z dużą liczbą głosów i propozycji, zdecydowałem się podzielić je na kilka wpisów, które razem złożą się na nasze wspólne podsumowanie ostatnich 12 miesięcy. Pierwsza jego część poświęcona jest filmom. Przed Wami więc pięć najlepszych produkcji 2016 roku zdaniem KWP, pięć najlepszych zdaniem czytelników oraz 15 innych, na które warto było zwrócić uwagę w kończącym się właśnie roku. I nadrobić je w przyszłym.

Druga część podsumowania 2016 roku skupia się na najlepszych serialach. Wśród nominowanych przez KWP i czytelników znalazły się nie tylko debiutujące w tym roku produkcje, ale także kolejne sezony już ugruntowanych marek, które mimo kilku lat na ekranach wciąż potrafią bawić, zaskakiwać i, przede wszystkim, poruszać. Tak jak w przypadku podsumowania filmowego, tak i tu nie miałem niestety przyjemności obcować ze wszystkimi wymienionymi tytułami, ale po rekomendacjach czytelników, nadrabianie zaczynam jeszcze dziś wieczorem. Wy też powinniście.

Sporo mówi się o tym, że nie warto wierzyć w prawdziwość wszystkiego, co przeczytamy czy zobaczymy w internecie. Ludzie mają jednak to do siebie, że chcą wierzyć. Kiedyś przyjmowali za pewnik wszystko to, co zostało zapisane czy wydrukowane. Teraz nasza wrodzona łatwowierność każde nam automatycznie wkładać do szufladki „prawda” to, co mignie nam nam na social mediowej ścianie. Trudno jednak nie nabrać się na jedną czy drugą ściemę, gdy te wykonane są z pieczołowitością, której mogliby pozazdrościć prawdziwi kronikarze. Oszustwo, moi drodzy, stało się bowiem prawdziwą sztuką. Jeśli do tej pory tego zauważyliście, to dzisiaj się o tym przekonacie.

„W każdym, choćby najpodlejszym filmie, może zdarzyć się jedna scena, jeden fragment dialogu, jedno ujęcie, dla którego warto obejrzeć cały film” zwykł mawiać Zygmunt Kałużyński, o czym dowiedziałem się jakiś rok temu za sprawą Tomasza Raczka. Było to przy okazji odnalezienia w filmowym kadrze dość siermiężnej hollywoodzkiej produkcji zaginionego przez prawie 90 lat obrazu. Przytoczone słowa wróciły do mnie ze zdwojoną siłą całkiem niedawno, kiedy jedna z czytelniczek KWP zwróciła moją uwagę na inne obrazy – tym razem sprytnie „ukryte” w jednym z najgorszych filmów animowanych, jakie widziałem w ostatnim czasie. Produkcji, którą reszta świata, a przynajmniej najmłodsza jej część, jednogłośnie pokochała.

W chwilę po premierze piątek odcinka szóstego sezonu „Gry o tron” nieco prowokacyjnie rzuciłem na fanpage’u KWP swoiste wyzwanie osobom zajmującym się tłumaczeniem seriali. Moja oferta ofiarowania konia z rzędem temu, kto bez uciekania się do przypisu będzie w stanie przełożyć na język polski scenę ujawniającą pochodzenie przezwiska jednej z postaci (konkretniej rzecz biorąc książkowego Waldera, a serialowego Wylisa) podyktowana była własną frustracją. Frustracją niemożności znalezienia odpowiednich słów, pasujących do rzeczonej sceny powagą i niezniekształcającej jej wymowy.

Kiedy w marcu bieżącego roku w świat poszedł news, że dzięki geoprofilowaniu grupa naukowców z Queen Margaret University ustaliła tożsamość Banksy’ego, przez świat przetoczyło się tsunami rozczarowania. Tajemniczym artystą ulicznym miał być niejaki Robin Cunningham, który na zdjęciach w internecie bardziej przypominał wujka Poldka (jak określiła to moja żona), niż partyzanckiego twórcę. Tymczasem na początku września lotem błyskawicy po sieci rozeszła się teoria, określająca Banksy’ego jako grupę, na czele której stoi założyciel legendarnego zespołu… również wywodzącego się z Bristolu.

Wielokrotnie już w niemal pięcioletniej historii KWP mogliście podziwiać dzieła mniej lub bardziej znanych mistrzów przekształcania bezkształtnych często brył w kształtne arcydzieła. Widzieliście, jak drewno stawało się papierem, wykałaczki miastem, a fortepian szkieletem. Najbardziej jednak zachwycaliście się, chociaż tylko na jednym czy dwóch zdjęciach, jak genialni rzeźbiarze potrafią zamienić marmur w tkaninę. Dzisiaj więc oczaruję Was ponownie.

Coś, co nie udało się nawet postaci granej przez Toma Hanksa w „Cast Away: Poza światem”, ku zaskoczeniu wszystkich z powodzeniem zastosowało trzech mężczyzn, których łódź została wywrócona przez wzburzone fale Pacyfiku. Ułożony przez nich na plaży napis HELP został zauważony przez pilota samolotu amerykańskiej marynarki, dzięki czemu wkrótce zostali ocaleni. Tym niebywałym wydarzeniem w ostatnich kilku dniach żyją media na całym świecie. Nie powinno nas to jednak dziwić, bo czyż może być coś bardziej ekscytującego, niż historia żywcem wyjęta z filmowej rzeczywistości z obowiązkowym i dość nieprawdopodobnym happy endem?

O tym, że warszawska Starówka, jest właściwie nowiówką – wiadomo powszechnie. Równie powszechna jest wiedza o tym, że współczesne budynki odbudowywano między innymi na podstawie obrazów Canaletta. Niewiele osób jednak wie, że ślepo ufając geniuszowi tego ostatniego, po niemal dwustu latach dokończono pieczołowicie zaplanowaną zemstę artysty, którą obecnie nazwalibyśmy pokazaniem środkowego palca zalegającemu z wypłatą pracodawcy.

Kończąc ostatni wpis o 5 rzeczach, których mogliście nie zauważyć na słynnych obrazach, napomknąłem o „Rzezi niewiniątek” Petera Bruegela starszego, który w pierwotnej wersji był tak wstrząsający, iż cesarz Rudolf II kazał zamalować drastyczne elementy, całkowicie zmieniając jego wymowę. Na szczęście Bruegel zrobił to na tyle nieudolnie, iż wprawne oko z łatwością zauważy przebijającą się w niektórych miejscach spod farby wersję oryginalną. A gdyby nie był do końca przekonany, może obejrzeć właściwą wersję „Rzezi”, przygotowaną przez twórcę niejako równolegle. Na niej cenzury nikt wprowadzać się nie odważył.

Zanim do tworzenia efektów specjalnych zaczęli być zaprzęgani specjaliści od tworzenia grafiki komputerowej i trójwymiarowej animacji, filmowa magia musiała powstawać praktycznie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo jak inaczej nazwać malarski pędzel w dłoni uzdolnionego artysty, który kilkoma jego pociągnięciami potrafił wykreować nie tylko daną scenę, ale niejednokrotnie cały świat przedstawiony?

Kiedy dwa lata temu popełniłem laurkę na temat prac Jarka Kubickiego, tytułując ją słowami „Beksiński nie żyje, ale ma się dobrze„, część osób zwróciła mi uwagę, że polski malarz miał styl niepodrabialny, a każda próba naśladowania go jest z góry skazana na porażkę. A jeśli nawet ktoś zbliży się poziomem do mistrza, oznaczać to będzie tylko i wyłącznie, że nie potrafi znaleźć własnego stylu, zwyczajnie próbując wybić się na legendzie z Sanoka. Niewielu przyjęło do wiadomości, że ktoś może tworzyć dzieła podobne, a Beksińskiego nawet nie znać. Tak jak w przypadku artysty, którego prace znajdziecie w tym wpisie.

O krótkometrażowych horrorach na KWP już pisałem. O tej samej długości filmach science-fiction również. Natomiast jak dotąd nie zawitał tu wpis traktujący o produkcjach będących skrzyżowaniem tych dwóch gatunków. Dzisiaj postanowiłem naprawić ten błąd, a przy okazji uniemożliwić co wrażliwszym czytelnikom zaśnięcie. Bo komu potrzebny jest sen w czwartkowy wieczór, prawda?

Zblliża się koniec 2016 roku, siłą rzeczy więc zewsząd atakują nas najróżniejsze zestawienia i podsumowania ostatnich 365 dni. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, niektóre arcyciekawe, niektóre niewarte nawet grama naszej uwagi. Do której kategorii wpasuje się niniejsze? Pojęcia większego nie mam, gdyż podobną listę widziałem jak dotąd tylko dwa razy – obie na KWP, w 2014 i 2015 roku. Możliwe, że jestem sieciowym ignorantem. Możliwe też, że w naszej fascynacji obcymi krajami i kulturami nie zauważyliśmy, że to właśnie nasz kraj i nasza kultura potrafią wzbudzić niemałe emocje wśród użytkowników globalnej sieci.

W dzisiejszych czasach, aby postawić cokolwiek większego od ogrodowej szopy, musimy wystarać się o pozwolenie, przedłożyć projekt naszej wymarzonej konstrukcji, wystawić tablicę informacyjną czy skrzyknąć inspektorów nadzoru budowlanego. Podejrzewam, że i tak wymieniłem tylko te najbardziej oczywiste czynności (pomijając łapówki), bez których budowa naszego wymarzonego M-7 nie mogłaby ruszyć z miejsca. A jak to drzewiej bywało? Jak się pewnie domyślacie, zdecydowanie łatwiej. I w zdecydowanej większości przypadków, praktycznie bez konkretnego planu.

Michael Malloy, 60-letni Irlandczyk mieszkający w Nowym Jorku, wiódł spokojny żywot bezdomnego alkoholika, kiedy to w 1933 roku spotkał na swej drodze piątkę mężczyzn – właściciela nielegalnego baru (w Ameryce trwała prohibicja), barmana zatrudnionego we wspomnianym przybytku (jako chemik się nie sprawdził), przedsiębiorcę pogrzebowego, sprzedawcę owoców oraz taksówkarza. Wymienieni panowie pilnie potrzebowali gotówki, wpadli więc na pomysł wyłudzenia od firmy ubezpieczeniowej ponad 3,5 tysiąca dolarów (około 255 tysięcy współczesnych złotych), ale potrzebowali do tego osoby, którą mogliby ubezpieczyć, a następnie spowodować, żeby umarła z „przyczyn naturalnych”. Malloy wydał im się idealnym celem.

Dzisiaj nie będzie o kulturze. Jako że KWP to w zasadzie w 100% moje prywatne miejsce, a w dodatku takie, które ma dość solidny zasięg, chciałem Wam dzisiaj opowiedzieć krótką historię o tym, jak mimo woli stałem się posiadaczem trzech kredytów na łączną kwotę 16 tysięcy złotych. Nie ruszając się z domu i żyjąc w błogiej nieświadomości. Aż do teraz.

Kiedy nieco ponad dwa lata temu publikowałem na KWP wpis o odkryciu zapisu nutowego na pośladkach jednej z postaci uwiecznionych przez Hieronima Boscha na obrazie „Ogród ziemskich rozkoszy”, nie przypuszczałem, że wzbudzi on tak duże zainteresowanie wśród czytelników. Równie wielkie zdziwienie ogarnęło mnie na widok 16 tysięcy polubień pod wpisem o „10 obrazach, które każdy szanujący się Polak znać musi„, gdzie oprócz standardowej listy, zmieściło się też sporo ciekawostek na temat samych dzieł. A gdy kilka tygodni temu jedna z czytelniczek KWP poprosiła mnie o więcej wpisów na temat malarstwa, nie mogłem nie zdecydować się na ponowne zanurzenie w farbie olejnej i wyłowienie z niej dla Was kilku rzeczy, którymi możecie błysnąć w towarzystwie. Bo towarzystwo, z duża dozą prawdopodobieństwa, mogło ich przecież nie zauważyć. Czego konkretnie?

Tak jak nie przypuszczałem, że czytając w internecie komentarze, będę w stanie wyłuskać z nich coś naprawdę wartościowego, tak nie sądziłem też, iż będę do tego wracał nawet kilkanaście miesięcy po pierwszym kontakcie. To, czym zajmuje się totalnie anonimowy internetowy twórca, robi jednak na mnie (i na Was, patrząc na statystyki) tak duże wrażenie, że po raz trzeci postanowiłem przejrzeć jego dzieła. Nie myliłem się – nie tylko nie spuścił z tonu, ale dołożył do kolekcji kolejnych kilkadziesiąt spektakularnych prac.