Gdzieś już to widziałem, czyli kino nieme wiecznie żywe

Kto by się spodziewał, że nawet po ponad stu latach wciąż będziemy się zachwycać kinem niemym. Bo inaczej niż zachwytem tego, co kilka tygodni temu podbiło internet, nazwać nie można. Okazuje się, iż użytkownicy globalnej sieci nagle odkryli, że kinematografia nie rozpoczęła się wraz z premierą „Matriksa”, a zdumiewać podobną widowiskowością, co dzieło sióstr Wachowskich, potrafiła już za życia naszych prapradziadków.

 
 

Najpierw na Zachodzie, a po jakimś czasie również w Polsce furorę zaczęły robić kulisy powstawania efektownych scen z czasów, gdy kino kojarzyło się z raczkowaniem, ale jeszcze nie z gaworzeniem. Sceny z pozoru bardzo ryzykowne (a w przypadku Bustera Keatona, bardzo ryzykowne i bez pozorowania), w rzeczywistości zostały tak pomysłowo zrealizowane przez operatorów, że nikomu na planie z głowy nie mógł spaść choćby włos. A wrażenie pozostawiają piorunujące nawet po ponad wieku od pierwszego ich zaprezentowania.

 
 

Niniejszy wpis nie ma jednak na celu powtórzenie tego, co większość z Was już widziała jakiś czas temu, ale pokazanie, że kino nieme jest jeśli nie niewyczerpywalnym, to na pewno bardzo zasobnym źródłem inspiracji dla współczesnych twórców. Ci ostatni najczęściej nie ukrywają, że dana scena w ich filmie jest bezpośrednim nawiązaniem czy też cytatem z niemej produkcji, ale zdarzają się tacy, którzy liczą na spostrzegawczość 90-kilku letnich widzów lub tych nieco młodszych, dopiero co odbywających powrót do przeszłości.

Mógłbym tak pisać jeszcze długo, niepotrzebnie owijając w bawełnę, myślę jednak (a po części posiłkuję się czystym lenistwem wymieszanym z chorobą podczas urlopu), że miast tysiąca słów wystarczy Wam kilka fragmentów zestawiających ze sobą kino nieme, z tym nieco bardziej współczesnym. A werdykt, czy to rzeczywiście zapożyczenie czy zbieg okoliczności możecie ogłosić sami.

 
 

„Furman śmierci” (1921 r.)

„Lśnienie” (1980 r.)

Powyżej i poniżej podobieństwo jest nie tylko ewidentne, ale też całkowicie zamierzone. Stanley Kubrick kręcąc jedną z najsłynniejszych scen w „Lśnieniu” zasugerował Shelley Duvall, by zapoznała się z niemal identyczną sceną z „Furmana śmierci” z 1921 roku.

 
 

„Furman śmierci” (1921 r.)

„Lśnienie” (1980 r.)

 
 

„Napad na ekspres” (1903 r.)

„Chłopcy z ferajny” (1990 r.)

Martin Scorsese w jednym z wywiadów wyznał, że „Napad na ekspres” i jego „Chłopcy z ferajny” to właściwie jedna i ta sama historia. Osadzona w innych czasach, mająca oczywiście innych bohaterów, ale w gruncie rzeczy opowieść o przestępcach i o tym, co ich czeka za popełniane zbrodnie.

 
 

„Czarny pirat” (1926 r.)

„Goonies” (1985 r.)

Pierwszym twórcą filmowym, który wykonał klasyczny zjazd na nożu po żaglu był Douglas Fairbanks. W samych „Goonies” kaskaderski wyczyn jest kopią tego, co wcześniej bohaterowie oglądali na ekranie telewizora (Errol Flynn jako „Kapitan Blood” w 1935 roku) – co także było naśladownictwem wyczynu Fairbanksa, któremu w zaprojektowaniu i nakręceniu tej sceny pomógł jego brat Robert. Jak tego dokonano możecie obejrzeć poniżej.

 
 
 

„Pancernik Potiomkin” (1925 r.)

„Nietyklani” (1987 r.)

Scena ze zjeżdżającym po schodach wózkiem wykoncypowana przez Siergieja Eisensteina zainspirowała nie tylko Briana de Palmę. Odwoływał się do niej także Alfred Hitchcock („Zagraniczny korespondent”, 1940 r.), Francis Ford Coppola („Ojciec chrzestny”, 1972 r.) czy Peter Segal („Naga Broń 33 1/3”, 1994 r.). Klasyka.

PS: Jeżeli udało się tym wpisem zaszczepić bakcyla kina niemego, polecam z całego serca obserwować na Twitterze Silent Movie Gifs, bez którego powyższe w ogóle by nie powstało.