Szybka recka: Life (2017)

Marsjanin atakuje. Tak w dwóch słowach można streścić film Daniela Espinosy. Inne dwa słowa, które same nasuwają się po kilkunastu minutach seansu to odpowiednio „obcy” oraz „przebudzenie”. I, wbrew pozorom, nie jest to zrównanie wyświetlanego właśnie w kinach filmu z czwartą, najmniej udaną częścią kultowej sagi. „Life” bowiem z „Alienem” nie ma praktycznie nic wspólnego. Ale jednocześnie jest najlepszym „Obcym” od 31 lat.

Recenzja Life (2017)

OK, plakat może jest bez sensu, ale nie zwracajcie uwagi.
OK, plakat może jest bez sensu, ale nie zwracajcie uwagi.

Gdyby jeszcze kilka miesięcy temu ktoś powiedział mi, że w pierwszym kwartale tego roku największą kinową frajdę sprawi mi produkcja o grupie naukowców zamkniętych w kosmicznej łódce, pewnie popukałbym się w nieprzysłowiowe czoło. W sezonie oscarowym takie rzeczy praktycznie się nie zdarzają. Tymczasem dawno z kina nie wychodziłem z tak szerokim uśmiechem, jak po zapoznaniu się z, nie ukrywam, dość przewidywalnym zakończeniem filmu o znalezieniu dowodu na istnienie życia pozaziemskiego.

Dowodu, który ostatecznie robi tak trzymający w napięciu rozpierdol, że aż żałujemy iż całość trwa niespełna 100 minut. Nie ma tu jednak mowy o okupowaniu przestrzeni ekranowej przez przeuroczego i równie morderczego noworodka zaproszonego na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Calvin, siódmy pasażer ISS, pojawia się dopiero, gdy jest już absolutnie niezbędny do wyeliminowania kolejnego członka dość niegłupiej w sumie załogi. I czyni to z taką gracją, iż ręce kibicujących mu widzów same składają się do braw.

Spirit in the Sky

Dlatego też moment, gdy w towarzystwie wyświetlanych napisów końcowych z głośników wydobywają się pierwsze dźwięki „Spirit in the Sky”, w mordę z siłą kafara wali nas prawdziwa satysfakcja. Nie tylko z powodu dobrze wpompowanych w kinowy bilet pieniędzy. By jednak poznać drugi powód, koniecznie będzie właściwe nimi dysponowanie. A „Life” to inwestycja z zaiste przyzwoitą stopą zwrotu.