3 najbardziej niedocenione filmy 1997 roku

Do napisania tego krótkiego wpisu, wierzcie lub nie, zabierałem się przez 6 miesięcy. Co więcej, nie pisałem go wcale z myślą o KWP, tylko na prośbę Patryka Karwowskiego z zaprzyjaźnionego bloga Po Napisach, który wystartował z projektem „Niedocenione” w styczniu. W skrócie – zaproszeni autorzy mają za zadanie wskazać przynajmniej trzy filmy, które w roku kończącym się na 7 (w przyszłym roku będzie to ósemka itd.) ich zdaniem nie były wystarczająco docenione. Zwłaszcza przez krytyków. Ja wybrałem rok 1997 i takie trzy produkcje na liście zmieściłem. A teraz czekam na Wasze głosy oburzenia.

Żołnierze kosmosu („Starship Troopers”)

Kiedy „Starship Troopers” wchodzili do kin, miałem zaledwie 13 lat. Do dziś pamiętam jednak, jak doskonale bawiłem się na pierwszym seansie, zachwycony oszałamiającymi efektami specjalnymi, humorem oraz nagą sceną pod prysznicem. Dopiero po latach dowiedziałem się, jak bardzo ten film został przez krytyków zmiażdżony. 10 lat po pierwszym seansie odświeżyłem sobie więc „Żołnierzy kosmosu” w domowym zaciszu i ku mojemu zaskoczeniu… spodobali mi się jeszcze bardziej.

Dizzy Flores, moja miłość.

Dizzy Flores, moja miłość.

Paul Verhoeven stworzył nie tylko wizualne arcydzieło, które oprawą wizualną nie zestarzał się przez 20 lat ani odrobinę (znam jeszcze tylko dwa takie filmy: pierwszy „Park Jurajski” oraz „Titanic”), ale też dzieło znakomicie punktujące, parodiujące i wyśmiewające ustrój totalitarny. Dziwię się więc, jak to możliwe, że tylu krytyków, uchodzących przecież za wyrocznie, nie poznało się na znakomitej adaptacji powieści Roberta Heinleina. Nie dostrzegło, jak bardzo trafnie reżyser wypunktował wszystko to, czym świat żył jeszcze w drugiej połowie XX wieku.

Cool guys don't look at explosions.

Cool guys don’t look at explosions.

„Żołnierze kosmosu” to absolutny majstersztyk i prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów science-fiction, jakie kiedykolwiek widziałem.

Wysłannik przyszłości („The Postman”)

Kolejna, bardzo niesłusznie zaorana przez krytyków adaptacja, tym razem powieści Davida Brina o tym samym tytule. Po raz pierwszy oglądałem go wiele lat po premierze, kiedy trzygodzinny czas wyświetlania przerażał mnie nieco mniej, niż jeszcze dekadę wcześniej. Z tego co pamiętam, to wiele osób zarzucało Kevinowi Costnerowi rozlazłą fabułę, zbyt duże stężenie patosu, kiepskie dialogi i… próżność. Próżność w obsadzeniu samego siebie w tytułowej roli i nakręcenie „Wysłannika przyszłości” wyłącznie w celach autopromocyjnych.

Listonosz Kev.

Listonosz Kev.

America, fuck yeah.

America, fuck yeah.

Patrząc jednak na film z pozycji fana klimatów postapokaliptycznych, absolutnie się z powyższym zarzutami nie zgadzam. Costner przygotował naprawdę wierną adaptację, z której wręcz emanuje klimat znany z kultowej serii gier „Fallout”. Tu co prawda nieokreślony apokaliptyczny incydent pozbawił świat technologii, ale nie zmienia to faktu, iż tułaczka po pustynnych bezdrożach, od osady do osady, mocno przypomina pierwszą część wspomnianego legendarnego RPG-a, który przecież ukazał się w tym samym, 1997 roku.

A jako że również w „Falloucie” fabuła nie gnała na złamanie karku, bardzo szybko odnalazłem się w wizji niesłusznie zapomnianego na wiele lat po premierze „Wysłannika” aktora i reżysera.

Wielki biały ninja („Beverly Hills Ninja”)

Parodia parodii – tak w skrócie można opisać „Beverly Hills Ninja”, który już w tytule nawiązuje do słynnego „Gliniarza z Beverly Hills”. Nie miałem przyjemności oglądać komedii z nieodżałowanym Chrisem Farleyem w tytułowej roli w kinie, ale pamiętam te kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt seansów, jakie zapewnił mi kanał RTL7 (obecnie TVN7) pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku.

Everybody was kung-fu fighting.

Everybody was kung-fu fighting.

„Wielki biały ninja” to slapstick w najczystszej postaci. Scenariusza jest tu tylko tyle, żeby pokazać z jak bardzo nieporadnym bohaterem mają do czynienia widzowie. A jest tak nieporadny, że bawi nawet gdy uderza głową w tył ciężarówki czy spada dwa piętra niżej po oparciu o mocno niestabilny kawałek ściany. Obok Farleya możemy na ekranie oglądać równie śmiesznych Chrisa Rocka i Robina Shou, a całości dopełnia piękny element kobiecy w postaci diabelsko uwodzącej Nicolette Sheridan.

Miłość numer dwa.

Miłość numer dwa.

Nie sposób też nie zauważyć, że „Wielki biały ninja” był inspiracją dla kultowej już w najmłodszych kręgach animacji „Kung Fu Panda”. Gdyby nie Farley (który, nawiasem mówiąc, miał być głosem Shreka) dzieciaki prawdopodobnie nigdy nie mogłyby cieszyć się przygodami tak samo nieporadnego Po. A jeśli Wy nie widzicie podobieństwa, popatrzcie tylko na ten przerobiony zwiastun jednej z najlepszych komedii lat 90.