Szybka recka: Mumia (2017)

Na nową odsłonę hitu z 1999 roku chciałem wybrać się do kina nieskażony recenzjami, opiniami i przede wszystkim zwiastunami. Dlatego niemal do dnia premiery miałem styczność z zaledwie jedną jego zapowiedzią – tą niedorobioną, bez podkładu dźwiękowego, która niby przypadkiem wyciekła z serwerów studia Universal. Była nawet zabawna, czego niestety nie da się powiedzieć o końcowym kształcie filmu z Tomem Cruise’em w roli głównej. Bo „Mumia”, jak głoszą wszyscy niemal widzowie i krytycy mający z nią styczność, naprawdę jest filmem kurewsko wręcz fatalnym.

Recenzja „The Mummy”

To właśnie ona.

To właśnie ona.

Ale wcale nie musiała takim być. Gdyby przymknąć oko na fakt, że jest to jeden z kolejnych zupełnie niepotrzebnych remake’ów (wszak oryginał dopiero w tym roku osiągnął pełnoletność), tak mniej więcej do połowy „dzieło” Alexa Kurtzmana jako film nawet się sprawdza. Niestety, chęć uczynienia z „Mumii” otwarcia „Mrocznego Uniwersum” („Dark Universe”, jak wymyśliło sobie studio, ma być odpowiedzią na MCU, DCEU, SWEU i MonsterVerse), tak jak i sam pomysł na nie, okazała się totalnym nieporozumieniem. No bo jak inaczej nazwać karkołomną próbę połączenia w jednej serii takich monstrów jak tytułowa mumia, dr. Jekyll, Drakula, Frankenstein i upiór (ten z opery)? W wyświetlanych właśnie w kinach filmie mamy co prawda do czynienia tylko z pierwszymi dwoma, ale już to wystarczy, by z zażenowania schować twarz w dłoniach i nerwowo nią potrząsać.

Zagubieni

Kto pamięta „Ligę niezwykłych dżentelmenów” z 2003 roku, wie, jak niedorzeczny jest to pomysł. Kto nie pamięta, niech wie, że tegoroczna „Mumia” to najgorzej obsadzony film od lat. Osobiście jestem chyba jednym z największych fanów Toma Cruise’a w Polsce, ale nawet ja nie mogłem uwierzyć, jak bardzo nie pasował do roli rzucającego kiepskimi żartami współczesnego poszukiwacza skarbów. Cruise w tym filmie nawet nie udaje, że gra inną postać niż kultowy Ethan Hunt – może nieco inaczej ubrany i mocno zagubiony, ale wciąż agent Impossible Mission Force. Z tą jeszcze różnicą, że nie sposób go polubić – a to, jeśli chodzi o postaci wcześniej kreowane przez Cruise’a, nie lada wyczyn.

 
W filmie nie sprawdza się też Russell Crowe, na którego twarzy widać malujący się ból w czasie wygłaszania steku banałów, mających dać początek filmowemu uniwersum studia, nomen omen, Universal. Zastanawiam się tylko, jak bardzo musiał Crowe podupaść finansowo, że zdecydował się na angaż w tej kawalkadzie niedorzeczności. Co więcej, nie sprawdza się też tytułowa bohaterka – nie jest ani straszna, ani pociągająca, ani tym bardziej interesująca, dlatego nie dziwie się, że na ekranie jest jej mniej niż PR-owca scjentologów. Ani straszny, ani pociągający, ani tym bardziej interesujący nie jest też scenariusz, ale to już pewnie wywnioskowaliście z akapitu o pożałowania godnej próbie odpalenia tym filmem wspomnianego „Dark Universe”.

„Mumia” jest tylko jedna

Czy warto więc obejrzeć „Mumię”? Zdecydowanie. Wystarczy ściągnąć ją z półki na DVD czy Blu-ray i przypomnieć sobie, jak 18 lat temu kiepski w sumie reżyser nakręcił przypadkiem najlepszego Indianę Jonesa od czasów „Ostatniej krucjaty”, obsadzając w głównej roli aktora, który ani trochę nie kojarzył się z przygodowymi akcyjniakami. Aż dziw bierze, że Brendan Fraser nie zrobił później tak oszałamiającej kariery, jak niejaki Chris Pratt robi obecnie. Wygląda na to, że „Mumia” może być tylko jedna. Cofnijmy się więc w czasie i przeżyjmy ją jeszcze raz.