Krótki wpis o obrabianiu komuś czterech liter. Bez konsekwencji [+18]

Kiedy słynny polski reżyser lamentował nad odejściem swojej młodej kochanki, nazywając ją w swoim pseudo-dzienniku „ślicznym ścierwem” i „kurewką”, której „najlepiej wychodzi rozpinanie rozporków” wręcz prosił się o pozew. Sprawa trafiła do sądu, który zadecydował, że „Nocnik” należy wycofać ze sprzedaży. Przedstawiona w nim bohaterka godziła ponoć w dobra osobiste pewnej aktorki, chociaż autor zaprzeczał, by ukrywająca się pod pseudonimem „Esterka” kobieta, miała z nią cokolwiek wspólnego. Panna Rosati, bo o niej mowa, walcząc o dobre imię wpadła w pułapkę, sama przyznając, że ma wiele wspólnego z fikcyjną ponoć postacią.

Mając na uwadze powyższy spór, aż trudno uwierzyć, że w kraju słynącym z wyssanych z palca pozwów i nadmuchanych z niczego procesów, niewielu mężczyzn (dla odmiany), decyduje się na wstąpienie na drogę sądową za podobne oszczerstwa. I nie robią tego, nawet jeśli światowej sławy pisarz, autor m.in. „Parku Jurajskiego”, w swojej powieści przedstawia ich jako gwałcących dzieci pedofilów. Czego boją się zazwyczaj bardziej bojowo nastawieni mężczyźni? Krótko mówiąc, małego penisa.

O, mniej więcej takiego.

O, mniej więcej takiego.

Ta historia rozpoczyna się w 2004 roku, kiedy na półkach pojawiło się „Państwo strachu” – techno-thriller Michaela Crichtona o ekoterrorystach planujących masowe morderstwo, które miałoby zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo globalnego ocieplenia. Pomimo swojej fikcyjnej natury, książka została wzbogacona licznymi przypisami, wykresami i ponad 20-stronicową bibliografią, mającą uwiarygodnić osobistą opinię (wierzenia?) autora na temat globalnego ocieplenia właśnie. Zdaniem Crichtona, coś takiego w ogóle nie ma miejsca.

Powieść, jak to zazwyczaj bywa, wywołała mieszane uczucia zarówno wśród czytelników, jak i krytyków. Wśród tych drugich przeważała opinia, że chociaż książka jest ciekawa i ma dobre tempo, to zawarte w niej informacje o globalnym ociepleniu mogą razić czytelników, którzy w prasie czytają co innego. Crichton nie przejmował się zbytnio zarzutami, ale tylko do pewnego momentu. Kiedy w jednej z amerykańskich gazet ukazała się długa na 3700 słów recenzja „Państwa strachu”, która dosłownie mieszała z błotem zarówno powieść, jak i jej autora, coś w nim pękło. Michael Crowley, rzeczony recenzent, znalazł się na jego czarnej liście i już wkrótce miał zaznać małostkowego gniewu twórcy „Parku Jurajskiego”.

Sprawca całego zamieszania tajemniczo się do nas uśmiecha.

Sprawca całego zamieszania tajemniczo się do nas uśmiecha.

Michael Crichton bardzo szybko zabrał się za pisanie kolejnej książki. „Następny” pokazał się na rynku dokładnie dwa lata po premierze krytykowanej przez Crowleya powieści i gdyby nie pewien zawarty w niej wtręt, przeszedłby bez zauważenia, gdyż praktycznie niczym nie różni się od innych jego dokonań. Tym wtrętem jest niezwiązany z główną fabułą fragment, w którym wspomniany krytyk jest przywołany z imienia i nazwiska. Pozwólcie, że posłużę się cytatem:

Alex Burnet oskarżała właśnie w najtrudniejszym procesie w całej swojej karierze – sprawie o gwałt na dwuletnim chłopczyku w Malibu. Oskarżony, trzydziestoletni Mick Crowley, felietonista polityczny z Waszyngtonu, przyjechał w odwiedziny do bratowej i poczuł nieprzepartą ochotę na seks analny z jej synkiem, który jeszcze biegał w pieluszkach. Crowley – zamożny i zepsuty moralnie absolwent Yale, dziedzic farmaceutycznej fortuny – wynajął cieszącego się jak najgorszą sławą Abe’a Ganzlera (znanego jako „Sprawy nie ma”), żeby go bronił.

Okazało się, że specyficzne upodobania Crowleya są w Waszyngtonie tajemnicą poliszynela, ale Ganzler, jak to miał w zwyczaju, już na kilka miesięcy przed procesem rozpoczął intensywną kampanię prasową: regularnie opisywał Alex i matkę chłopca jako „obłąkane feministyczne fundamentalistki”, które wszystko uknuły w „swojej chorej, wynaturzonej wyobraźni” – mimo dobrze udokumentowanej obdukcji (penis Crowleya był wprawdzie niewielkich rozmiarów, ale i tak poważnie pokaleczył odbyt dziecka).

Dla tych, którzy zatargu nie znali, powyższe całkowicie odstawało od powieści i, całkiem zrozumiale, wydawało się niezrozumiałe. Ci, którzy czytali wcześniejszą recenzję Crowleya, poszli zrobić sobie popcorn, licząc na efektowne starcie przed ławą przysięgłych. Książkowy Mick (niewtajemniczonym zdradzę, że to zdrobnienie od imienia Michael) Crowley z irytującym krytykiem ma wspólnego nie tylko nazwisko – podobnie jak pierwowzór ukończył Yale i jest dziennikarzem zajmującym się polityką, chociaż z dużym prawdopodobieństwem pedofilem nigdy nie był. Zniesławiony tymi pomówieniami prawdziwy Crowley nie zdecydował się jednak na sądową batalię, gdyż Crichton posłużył się starym trickiem, już 8 lat wcześniej opisanym przez dziennikarzy New York Timesa. W nawiasie zamykającym akapit zastosował tzw. regułę małego penisa, którym obdarzył postać o swojsko brzmiącym nazwisku.

"Hehe, ale mu dojebałem".

„Hehe, ale mu dojebałem”.

„Reguła małego penisa” to dość nieformalna i bardzo prostacka strategia uniknięcia pozwu za zniesławienie. Cokolwiek zniesławiający nie napisałby o oczernianej osobie, może ujść mu na sucho, jeśli tylko między wierszami doda, że budowana na bazie prawdziwej osoby postać nie ma czym wypełnić miejsca w bokserkach. Jak czytamy w tekście z NYT z 1998 roku, żaden mężczyzna nie zdecyduje się na pójście do sądu i oświadczenie, że „ta a ta postać z małym penisem, w takiej a takiej książce to właśnie ja”. Do tej pory (a kilka podobnych przypadków literatura widział), na drogę sądową nie poszedł nikt.

Crowley również postanowił nie wnosić oskarżenia. Zadowolił się kolejnym felietonem o Crichtonie, w którym przyznał, że skoro ten posunął się do tak niskiego chwytu, znaczy, że oddał starcie walkowerem. O rozmiarze swojego interesu niestety nie napomknął.

Nigdy nie dowiemy się, co napisałby Crichton o twórcy tej karykatury, ale zgaduję, że i on ma małego.

Nigdy nie dowiemy się, co napisałby Crichton o twórcy tej karykatury, ale zgaduję, że i on ma małego.

Jeśli zaś chodzi o samego Crichtona, „Następny” był ostatnią powieścią wydaną za jego życia. Autor zmarł 4 listopada 2008 roku, po kilkuletniej walce z rakiem. Jedyną konsekwencją makabrycznego w wymowie zniesławienia, było zniesmaczenie wieloletnich fanów, którzy poprzysięgli nie sięgać po jego książki nawet przez wzgląd na stare lata.

Źródła:

  1. http://en.wikipedia.org/wiki/Small_penis_rule
  2. http://www.wired.com/table_of_malcontents/2006/12/michael_crichto/
  3. Zdjęcie w nagłówku: Schezar / Flickr.com