Szybka recka: Król Artur – Legenda Miecza (2017)

Szedłem na „Króla Artura: Legendę Miecza” jak na ścięcie, zniechęcony negatywnymi recenzjami krytyków na Zgniłych Pomidorach. Owszem, miałem ze sobą odrobinę chmielu, żeby całość weszła gładko i bezboleśnie, ale… nawet bez odrobiny alkoholu bawiłbym się na nowym filmie Guya Ritchiego wyśmienicie.

Zaprawdę powiadam Wam – jeżeli nie jesteście emocjonalnie przywiązani do legend arturiańskich i nie będzie Wam przeszkadzało, że elementem wspólnym jest tu jedynie tytułowy miecz i imiona bohaterów, to wyjdziecie z kina z wielkim bananem na twarzy.

Zawadiacki film nie bez wad

Zabijaka z ulic Londinium
Zabijaka z ulic Londinium

Nowy „Król Artur” to dość wyraźne, mocno teledyskowe skrzyżowanie „Władcy pierścieni”, „Gry o tron”, „Porachunków” i „Przekrętu”. Coś, co po prostu nie mogło się udać. Wyszła z tego jednak mieszanka sprawiająca nie mniejszą uciechę, niż świeżo wyjęta z pieca na drewno pizza, skomponowana z ulubionych składników i zjedzona (na diecie, więc z poczuciem przyjemnej winy) w towarzystwie najlepszych, ale niezbyt rozgarniętych kumpli, którym gęby się nie zamykają.

Szczerze polecam, bo to jeden z niewielu przypadków, kiedy z gówna (zwiastuny) faktycznie udało się ukręcić spektakularnie smagający bicz.

PS: Sądząc po reakcjach na ten celowo krótki i enigmatyczny tekst, który w pierwszej kolejności wpadł na Facebooka KWP, czytelnicy zdają się być podobnież zadowoleni z seansu, pomimo wad, których „Legenda miecza” nie jest pozbawiona.