Szybka recka: Dunkierka (2017)

Gdy ktoś pyta mnie, czy warto wybrać się do kina na film Christophera Nolana, odpowiadam pytaniem: a czy warto na ulicy schylać się po banknot 200-złotowy? Podobna analogia nie zadziała niestety przy okazji jego „Dunkierki”. Nie zadziała, bo odpowiadając pytaniem, musiałbym podmienić wspomniane dwie stówy na walizkę z milionem dolarów.

Recenzja „Dunkirk”

OK, plakaty mogłyby być nieco lepsze.
OK, plakaty mogłyby być nieco lepsze.

Miałem spore obawy, wybierając się do Multikina na wojenną produkcję brytyjskiego reżysera. Nie były one jednak spowodowane jego poprzednim filmem („Interstellar” był na tyle oryginalny, że nie mogłem go nie polubić), ale dość nijakimi zwiastunami (za wyjątkiem pierwszego teasera) i informacją, że całość otrzymała kategorię wiekową PG-13. Mając w pamięci wykorzystaną w każdym calu spektakularną R-kę, jaką zafundował swoim fanom Mel Gibson w „Przełęczy ocalonych”, obawiałem się, że Nolan nakręci bajkę dla trzynastolatków. W jakże wielkim błędzie byłem.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak

„Dunkierka” bowiem chwyta za jaja już od pierwszej sceny, przez 100 minut ściska i wykręca je, odbierając oddech, puszczając dopiero w samej końcówce, ale chyba tylko po to, by widzowie opuszczający salę kinową mogli to robić o własnych siłach. Każda kolejna scena, chociaż pozbawiona atakujących zewsząd oderwanych kończyn, przesuwała mnie coraz bardziej na krawędź fotela – nieważne czy akcja rozgrywała się na lądzie, na/w wodzie czy w powietrzu. Wszystko za sprawą fenomenalnych zdjęć (Hoyte Van Hoytema jest dla mnie oscarowym pewniakiem) oraz podnoszącej ciśnienie w żyłach muzyki. Cykanie zegara – raz szybsze, w scenach rozgrywanych w powietrzu – raz wolniejsze, głównie na lądzie, a znane już z zapowiedzi, słychać przez cały seans. Hans Zimmer swoją partyturą niczym Fletcher z „Whiplash” narzuca mordercze wręcz tempo wydarzeniom pokazywanym na ekranie.

Ale „Dunkierka” nie byłaby tak dobrym filmem gdyby nie osoba samego reżysera. Konstrukcyjnie, o dziwo, film jest bardzo bliski „Incepcji”, w której, jak pamiętacie, poszczególne warstwy snu odpowiednio wydłużały czas pozostały bohaterom na wykonanie skoku stulecia. W bezbłędnie dokumentującym ucieczkę aliantów z Europy filmie zaś Nolan wirtuozersko przeplata ze sobą trzy różne wątki, które po rozbudowaniu mogłyby stanowić materiał na odrębne produkcje. I pomimo faktu, że doświadczamy tu zniekształcenia czasoprzestrzeni (sceny na lądzie trwają tydzień, na morzu jeden dzień, a w powietrzu zaledwie godzinę), nie czuć tu żadnego zgrzytu. Co więcej, kiedy losy głównych bohaterów (świetne kreacje aktorskie – zarówno tych bardziej jak i mniej znanych aktorów) zaczynają się przecinać, widz osiąga wręcz stan katartyczny.

Zawał mięśnia sercowego

Jeśli jest coś, do czego mógłbym się przyczepić, to wyłącznie wspomniana długość filmu. Chociaż te 100 minut dostarcza większej ilości adrenaliny, niż 100 skoków na bungee, jest to zaledwie godzina i czterdzieści minut. Z drugiej strony, nie wiem czy nieco starsi widzowie nie mieliby problemu z dłuższym czasem wyświetlania, skoro nawet ja już w połowie seansu byłem bliski zawału. Czy jest to zatem najlepszy film w karierze Christophera Nolana? Nie będę teraz wyrokował, bo podejrzewam, że nawet taką maestrię jak w „Dunkierce”, będzie w stanie przebić swoimi kolejnym dziełami. Już nie mogę się doczekać.