11 najlepszych filmów 2017 roku zdaniem KWP i czytelników

Jak co roku, po raz drugi w historii, poprosiłem w grudniu czytelników KWP o pomoc w wytypowaniu najlepszego filmu i najlepszego serialu 2017 roku. Zeszłoroczna edycja wzbudziła zadziwiająco duże zainteresowanie (tak duże, że w sylwestra 2016 o powstałym rankingu opowiadałem w programie „Drugie śniadanie mistrzów”), ale to, co stało się w tym roku, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Frekwencja była tak duża, iż dopiero po kilku dniach od zamknięcia głosowania udało mi się przeliczyć wszystkie głosy. Plebiscyt ponownie podzieliłem na dwie części – dziś ta związana z najlepszymi filmami 2017 roku.

Każdy biorący udział w ankiecie mógł oddać tylko jeden głos. Jeżeli więc w rubryce wpisywał więcej propozycji, zliczałem tylko tę wpisaną jako pierwszą. Jak się pewnie domyślacie, wybór był dla wielu trudny, gdyż ten rok obfitował w długo wyczekiwane i koniec końców całkiem udane produkcje. W głosowaniu jednak tylko jednemu pretendentowi udało się odskoczyć od rywali na nieco większą odległość i tym samym tytuł niekwestionowanego króla 2017 roku przypadł właśnie jemu. Przynajmniej w głosowaniu czytelników. Poniżej 10 wskazanych przez Was produkcji, a potem jeszcze jeden ode mnie na zakończenie.

Twój Vincent

"Loving Vincent", reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman
„Loving Vincent”, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

Kiedy na światowej premierze film dostaje 15-minutową owację na stojąco, kiedy 4 lata pracy ponad 120 malarzy przekłada się na 88-minutowego wizualne arcydzieło, składające się z ponad 65 tysięcy (!) ręcznie malowanych obrazów, kiedy wiesz, że za prawdopodobnie najpiękniejszą biografią jednego z najsłynniejszych malarzy w dziejach stoją Polacy, nie musisz się zastanawiać, czy warto wybrać się do kina. „Twój Vincent” to podróż przez życie Van Gogha, przedstawiona wyłącznie za pomocą charakterystycznych dla niego technik malarskich. Podróż, która zaczyna się rok po jego śmierci, a której osią jest list Vincenta do Theo Van Gogha, brata artysty. Dzieło współtworzone przez Polaków na pewno nie jest trzymającą w napięciu historią, ale dam sobie głowę uciąć, że bardziej wpadającego w oko filmu w tym roku nie było.

The Square

"The Square", reż. Ruben Östlund
„The Square”, reż. Ruben Östlund

Fragment recenzji Patryka Karwowskiego z zaprzyjaźnionego, kapitalnego bloga filmowego Po napisach.

Film wypada oglądać niezwykle uważnie, bo w każdej scenie twórca ukrył jakieś przesłanie, albo o naszej współczesnej kondycji, albo ostrzeżenie przed tym, co nas może czekać. Mało tu krzepiącej treści, bo okazuje się, że dla głównego bohatera może być za późno. Wszystkie małe sukcesy (w jego mniemaniu) wzbudzają tylko rubaszny śmiech. Nawet w tych komicznych sytuacjach miałem wrażenie, że jestem obserwowany przez samego reżysera. Ten jakby badał moją reakcję, interesował się czy rozumiem daną scenę, czy postąpiłbym tak samo.

Te pytania à propos własnego zachowania towarzyszą nam przez cały seans i przez to (ale również przez sposób realizacji) „The Square” wypada bardzo intymnie skupiając się na mimice, uciekającym spojrzeniu, twarzach, które próbują zniknąć. Bardzo oryginalny (chociaż niezwykle aktualny), dla niektórych kłopotliwy, ściągający nam maski bez potrzebnego czasem znieczulenia. Człowieczeństwo boli, ale nie uciekniesz od niego.

Logan

"Logan", reż. James Mangold
„Logan”, reż. James Mangold

Ależ to była masakra! Jak to się dobrze oglądało! Wreszcie, po tylu latach Wolverine doczekał się filmu, który pozwolił mu pokazać pełne spektrum cięcia, rżnięcia i rozrywania ludzkiej tkanki. Jakaż szkoda, że nie zobaczymy kolejnego filmu z jego udziałem w tak krwawym stylu – nie tylko dlatego, że Jackman odwiesił pazury, ale raczej dlatego, że prawa do X-Menów przejął Disney, który na kategorię R patrzy raczej niezbyt przychylnie.

„Logan” to smutek i przygnębienie w pigułce. Rewelacyjny film akcji o przemijaniu, który po raz kolejny udowadnia, że prosty scenariusz może być podstawą naprawdę kapitalnie opowiedzianej historii. I gdyby tylko główny antagonista (a także postać, z którą tytułowy Logan naparzał się w samej końcówce) był nieco bardziej przemyślany (tutaj prostota się nie sprawdziła), otrzymalibyśmy film, który z przyjemnością sam umieściłbym w tegorocznym TOP3. Niestety będzie się musiał zadowolić miejscem w pierwszej dziesiątce wybranej przez czytelników KWP.

Baby Driver

"Baby Driver", reż. Edgar Wright
„Baby Driver”, reż. Edgar Wright

Czy reżyser „Wysypu żywych trupów”, „Hot Fuzz” czy „Scotta Pilgrima” mógł nakręcić słaby film? Mógł, co też pokazał przykład „To już jest koniec” sprzed 4 lat. Na szczęście „Baby Driver” to powrót do formy Edgara Wrighta. Po tym, jak Marvel nie pozwolił mu nakręcić przygotowywanego 8 lat (!) „Ant-Mana”, reżyser zabrał ze sobą całą ekipę i zdecydował się na realizację filmu swoich marzeń – musicalu gangsterskiego. Co z tego wynikło?

Prosta historia pokazana w maksymalnie zakręcony sposób. Sceny montowane w rytm granej w tle muzyki. Strzały idealnie zsynchronizowane z dobiegającymi uszu bitami. Galeria barwnych postaci, z których najbardziej serce kradł totalnie przerysowany Jamie Foxx. Plus scenę, którą antyfani skompromitowanego seksualną aferą Kevina Spaceya od kilku miesięcy oglądają w zapętleniu. Bardzo żałuję, że nie dane mi było oglądać „Baby Drivera” w kinie. Miałem jednak wtedy na głowie zupełnie inne baby.

Thor: Ragnarok

"Thor: Ragnarok", reż. Taika Waititi
„Thor: Ragnarok”, reż. Taika Waititi

Może to zabrzmi dziwnie, ale mimo braku kontaktu z wcześniejszymi dwoma filmami o „Thorze”, patrzyłem na „Ragnarok” z nieukrywanym zainteresowaniem. Przyczyną tego dziwnego ożywienia (dziwnego, gdyż filmy z udziałem „Avengers” są dla mnie jak dżuma wymieszana z cholerą) była postać reżysera – Taika Waititiego, Nowozelandczyka odpowiedzialnego za zaliczających się do najlepszych komedii dekady dwóch filmów – „Co robimy w ukryciu” („What We Do in the Shadows”) oraz „Dzikich łowów” („Hunt for the Wilderpeople”). Już sam zwiastun (z fenomenalnym „Immigrant Song” w tle) sugerował rzecz podobnie niekonwencjonalną, co „Strażnicy galaktyki” i miałem cichą nadzieję, że będę się bawił na nim równie dobrze, co na ich drugiej części. Nie zawiodłem się.

Nawet pomimo faktu, że przez gapiostwo kupiłem bilet na seans z dubbingiem (spróbujcie wyobrazić sobie moje zdziwienie – nie dacie rady), bawiłem się na „Thorze” fantastycznie. Waititi udowodnił, że ma niesamowity dryg do kina komediowego. A przy okazji talent do prowadzenia aktorów wcześniej raczej średnio kojarzonych z kinem stricte komediowym. Kolorowo, wybuchowo, zabawnie – idealny blockbuster na zakończenie sezonu.

Najlepszy

"Najlepszy", reż. Łukasz Palkowski
„Najlepszy”, reż. Łukasz Palkowski

Fragment recenzji Grzegorza Malinowskiego z zaprzyjaźnionego, kapitalnego bloga filmowego Po napisach.

„Najlepszy” to kino wielu barw. Mnie to, w dosłownym rozumieniu bardzo przeszkadzało. Zaćpany świat młodych buntowników, nawet widziany oczami albo malowany zmysłami bohatera musi być jakiś. Smutna prawda, nuta goryczy, a na ekranie humor pisany grubą kreską. Uśmiechając się w rytmie kolejnych scen, czułem pustkę ideową. Jakby twórcy bali się postawić wszystko na jedną kartę, popełnić arcydzieło. Wystarczyło ustawić inaczej lampy, pozwolić sobie na realizację w pełni brutalnej dla widza pierwszej części filmu. (…)

Symboliczny hamulec ręczny puszczamy w drugiej połowie filmu, dajemy się porwać, kibicujemy bohaterowi. Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski uczyli naród jak „pchać” do zwycięstwa Rafała Majkę. Ja natomiast, chciałem przejechać kilka kilometrów za Jerzego, zmienić go. Tak bardzo się wkręciłem. Powiem więcej, ja nawet pływałem w fotelu. Patrzyłem uważnie na niezłą charakteryzację, która pozwalała nam zrozumieć, jak tam ze zdrowiem Jurka jest, na jakim etapie jego wewnętrznej przemiany jesteśmy. (…)

Cicha noc

"Cicha noc", reż. Piotr Domalewski
„Cicha noc”, reż. Piotr Domalewski

Fragment recenzji Patryka Karwowskiego z zaprzyjaźnionego, kapitalnego bloga filmowego Po napisach.

Największą siłą „Cichej nocy” jest to, że jest cholernie prawdziwy. Dlaczego jest prawdziwy? Bo jest o nas. O tym co rokrocznie przeżywamy i o tym od czego rokrocznie staramy się uciec. Wszyscy jesteśmy w stanie mniej lub bardziej odnaleźć siebie lub członków rodziny w filmowych kadrach, chociażby w kilku cechach, epizodach, fragmentach. (…)

Brawurowo zagrany, świetnie zmontowany film o ambicjach, fantazjach, kilku godzinach z najbliższymi, które wystarczą za cały rok. Nadzwyczajnie jednak ponura moc przychodzi ze strony scenariusza, który krąży wokół głównego bohatera. Z niesłabnącym napięciem od początku do końca przyglądamy się Adamowi, który lawiruje pomiędzy domownikami, trochę mataczy, ale krok po kroku zbliża się do naświetlenia „swojej sprawy”, niełatwej i bardzo niewygodnej. I nawet się nie spodziewamy jaki numer wywinie mu życie. (…)

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

"Star Wars: The Last Jedi", reż. Rian Johnson
„Star Wars: The Last Jedi”, reż. Rian Johnson

Nie wiem czy było to spowodowane, ale przez pierwszą cześć filmu kilka razy zdarzyło mi się ziewnąć, a nieco bardziej ożywiony zrobiłem się tylko raz i to z nie najlepszego powodu. Nie będę pisał, co mnie tak osobiście dotknęło, ale zaprawdę powiadam Wam, Wy też będziecie co najmniej zażenowani sceną, która całkowicie odstaje od tego, do czego przyzwyczaiły nas „Gwiezdne wojny”. Im dłużej jednak trwał film (a trwał łącznie 2 i pół godziny) tym bardziej ożywieni robili się towarzyszący mi w kinie widzowie. A ja wraz z nimi.

Druga połowa filmu na szczęście całkowicie zrekompensowała braki pierwszej, nagradzając cierpliwość, oferując kilka naprawdę kapitalnych sekwencji, sporą dozę humoru i trzymający w napięciu scenariusz. Do samego końca nie było wiadomo, jak dokładnie potoczą się losy głównych bohaterów (wprowadzenie nowych wyszło tak sobie, chociaż jeden z nich mam nadzieję powróci w kolejnej części), a kiedy tytułowy „Ostatni Jedi” doczekał się sceny równie spektakularnej, co Darth Vader w „Łotrze 1”, byłem już niemal zupełnie ukontentowany. A czytelnicy KWP jeszcze bardziej, gdyż ich zdaniem „Ostatni Jedi” jest jednym z trzech najlepszych filmów 2017 roku.

Dunkierka

"Dunkirk", reż. Christopher Nolan
„Dunkirk”, reż. Christopher Nolan

„Dunkierka” chwyta za jaja już od pierwszej sceny, przez 100 minut ściska i wykręca je, odbierając oddech, puszczając dopiero w samej końcówce, ale chyba tylko po to, by widzowie opuszczający salę kinową mogli to robić o własnych siłach. Każda kolejna scena, chociaż pozbawiona atakujących zewsząd oderwanych kończyn, przesuwała mnie coraz bardziej na krawędź fotela – nieważne czy akcja rozgrywała się na lądzie, na/w wodzie czy w powietrzu. Wszystko za sprawą fenomenalnych zdjęć (Hoyte Van Hoytema jest dla mnie oscarowym pewniakiem) oraz podnoszącej ciśnienie w żyłach muzyki. Cykanie zegara – raz szybsze, w scenach rozgrywanych w powietrzu – raz wolniejsze, głównie na lądzie, a znane już z zapowiedzi, słychać przez cały seans. Hans Zimmer swoją partyturą niczym Fletcher z „Whiplash” narzuca mordercze wręcz tempo wydarzeniom pokazywanym na ekranie.

Ale „Dunkierka” nie byłaby tak dobrym filmem gdyby nie osoba samego reżysera. Konstrukcyjnie, o dziwo, film jest bardzo bliski „Incepcji”, w której, jak pamiętacie, poszczególne warstwy snu odpowiednio wydłużały czas pozostały bohaterom na wykonanie skoku stulecia. W bezbłędnie dokumentującym ucieczkę aliantów z Europy filmie zaś Nolan wirtuozersko przeplata ze sobą trzy różne wątki, które po rozbudowaniu mogłyby stanowić materiał na odrębne produkcje. I pomimo faktu, że doświadczamy tu zniekształcenia czasoprzestrzeni (sceny na lądzie trwają tydzień, na morzu jeden dzień, a w powietrzu zaledwie godzinę), nie czuć tu żadnego zgrzytu. Co więcej, kiedy losy głównych bohaterów (świetne kreacje aktorskie – zarówno tych bardziej jak i mniej znanych aktorów) zaczynają się przecinać, widz osiąga wręcz stan katartyczny.

Blade Runner 2049

"Blade Runner 2049", reż. Denis Villeneuve
„Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve

O sequelu „Blade Runnera” napisano już chyba wszystko, więc sam ograniczę się tylko do przytoczenia fragmentu krótkiej recenzji, która swego czasu pojawiła się na KWP. Zanim jednak do niej przejdę, musicie wiedzieć, że to właśnie dzieło Denisa Villeneuve’a dostało od Was największą liczbę głosów. Pomimo nawet mankamentu, na który nazbyt wielu widzów zwracało uwagę po seansie.

Chociaż “BR2049” nie jest filmem idealnym (nie ukrywajmy, jedynka też nie była, o czym świadczą 274 wersje stworzone tylko przez Ridleya Scotta), zdecydowanie warto wybrać się na niego do kina. To prawdziwa uczta dla oczu, uszu, a nawet rozumu. To taka niecodzienna odtrutka na szmirę zalewającą polskie kina i dowód na to, że z odpowiednio dużym budżetem można stworzyć coś innego, niż pierdyliard ekranizacji komiksów, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Kontynuacja “Łowcy androidów” to film wytapetowany zajebistością i dobry prognostyk przed ekranizacją “Diuny” tegoż samego reżysera. No chyba że i tam ma zamiar obsadzić wokalistę “30 Seconds to Mars”.

Posłowie

10 filmów, które wymieniono w tym wpisie wskazaliście tylko i wyłącznie Wy – czytelnicy KWP. Z większością wytypowanych przez Was produkcji zgadzam się bez zawahania, ale jeden film muszę dorzucić od siebie. Dobrze czytacie – film – chociaż niektórzy widza w nim tylko animację. A osobiście mam wielką nadzieję, że znajdzie się na krótkiej liście nominowanych do Oscara w najważniejszej kategorii. O jakiej produkcji mówię?

Ci którzy śledzą KWP na Facebooku już wiedzą. Ci, którzy jeszcze tego nie robią, mogą przestać wstrzymywać oddech. Najlepszym filmem 2017 roku jest bowiem „Coco” – najnowsza i zdecydowanie najgenialniejsza produkcja Pixara. Absolutne, fenomenalne arcydzieło. W tym roku nie widziałem niczego lepszego. Brakuje skali. 20/10. Kto nie złapał w kinie, po prostu nie może tego przegapić na płytach czy w streamingu.

"Coco", reż. Lee Unkrich
„Coco”, reż. Lee Unkrich

Epilog

Oprócz wyżej wymienionych Waszą uwagę mocniej przykuły również: „Uciekaj!”, „Strażnicy Galaktyki 2”, „To”, „Król Artur: Legenda miecza”, „La La Land”, „Manchester by the Sea”, „Mother”, „Pokot” oraz „Zabicie świętego jelenia”. Niestety do dziesiątki się nie załapały, chociaż miały bardzo duże szanse. Zabrakło kilka głosów. Życie. („Life”, swoją drogą, to najlepszy „Obcy” tego roku.)