Chciałbym, aby moje następne życie płynęło wstecz

Nie przepadam za „Ciekawym przypadkiem Benjamina Buttona” i wcale się nie zdziwiłem, gdy po 13 nominacjach do Oscara wyłapał tylko trzy statuetki. Film Finchera jest bowiem nadzwyczaj nudny i co u reżysera symptomatyczne – zwyczajnie dołujący. Co zresztą bardzo dziwne, bo sam pomysł życia wstecz to perspektywa wręcz wymarzona. Pomyślcie tylko.

Zaczynacie martwi i od razu największy problem macie z głowy.

Potem budzicie się w domu starców i z każdym dniem czujecie się coraz lepiej.

Potem was stamtąd wyrzucają, a wy idziecie na emeryturę.

Dopiero po jakimś czasie zaczynacie pracę i od razu pierwszego dnia dają wam złoty zegarek czy inną nagrodę.

Pracujecie przez czterdzieści lat do momentu, aż jesteście odpowiednio młodzi, by wreszcie odpocząć od korpo.

Zaczynacie imprezować, chlać i prowadzić rozwiązłe życie.

Potem idziecie do liceum, później do podstawówki.

Stajecie się dziećmi, macie czas tylko na zabawę, a nie macie żadnych zobowiązań.

Następnie, ostatnie 9 miesięcy życia, pływacie sobie niczym w spa, z każdym dniem mając coraz więcej miejsca oraz niekończące się pokłady jedzenia i picia.

A kończycie to wszystko porządnym orgazmem.

Prawda, że zapowiada się ciekawie?

Ciekawy jest też fakt, że autorstwo powyższego scenariusza przypisuje się albo George’owi Carlinowi, albo Woody’emu Allenowi. Musicie przyznać, że faktycznie brzmi to jak coś, co właśnie oni mogliby napisać, ale powyższe gdybanie wykoncypował komik i piosenkarz Sean Morey. Nie wierzcie więc we wszystko, co przeczytacie w internecie. Czytajcie KWP.