Szybka recka: Mission Impossible – Fallout (2018)

Kto by pomyślał? 22 lata po pierwszym filmie Hollywood wciąż chce kręcić, a ludzie wciąż oglądać kolejne odsłony „Mission: Impossible”. Seria, która wydawała się martwa po fatalnej drugiej części, dzięki J.J. Abramsowi wróciła do świata żywych, by całkowicie rozwinąć skrzydła w najlepszych dotąd odsłonach numer 4 („Ghost Protocol”) i 5 („Rogue Nation”). Jak na ich tle prezentuje się „Mission Impossible – Fallout”?

Recenzja „Mission Impossible – Fallout”

"Mission Impossible - Fallout" tytułu polskiego nie posiada. To już tradycja
„Mission Impossible – Fallout” tytułu polskiego nie posiada. To już tradycja

W przeciwieństwie do wspomnianych wyżej dwóch filmów, szósta odsłona przygód Ethana Hunta zaczyna się skądinąd powoli. W oczy od razu rzuca się też brak elementów stricte humorystycznych, które za sprawą Simona Pegga wprowadzały dotąd sporo luzu (i jego, i ich jest tu zauważalnie mniej). Wszystko to sprawia, że „Fallout”, pomimo sporej dawki „niemożliwości”, nie startuje jako komedia akcji, a wraca do korzeni, stając się na powrót pełnoprawną sensacją, w której stawką jest oczywiście ratowanie świata – tym razem przed terrorystami w posiadaniu plutonu, przy pomocy którego chcą zbudować trzy bomby atomowe.

Czas ucieka, a wraz z nim dzieło Christophera McQuarry’ego nabiera tempa, które w końcówce staje się wręcz nieznośne – nawet pomimo faktu, że kluczowy dla fabuły kwadrans ciągnie się jakieś 30 minut. Spora w tym zasługa pobrzmiewającej przez cały czas w tle muzyki (przypomnicie sobie „Mrocznego Rycerza” czy „Dunkierkę” Nolana), a także fenomenalnych i wciskających w fotel scen akcji. Sekwencji tak zaplanowanych, przeprowadzonych i nakręconych, że aż trudno uwierzyć, iż w większości z nich brał udział nie taki już znowu młody Tom Cruise. Skok z samolotu lecącego na wysokości 5 kilometrów? Oblatywanie helikoptera? Pościg na motorze w centrum Paryża? Praktycznie wszystko robił sam – co też podkreśla operator kamery, cały czas kadrując tak, aby twarz Cruise’a z ekranu nie znikała.

Misja niemożliwa

Ale na ekranie błyszczy nie tylko ostatnia prawdziwa gwiazda filmowa. Znakomicie zaprezentowały się również obecne w filmie panie (powracająca z całym dobrodziejstwem inwentarza Rebecca Ferguson, znana z „The Crown” Vanessa Kirby oraz Michelle Monaghan, ponownie jako porzucona przez Hunta dla jej własnego dobra była żona) oraz dołączający do obsady Henry Cavill jako nadzorujący misję agent CIA o sierpowym mocnym niczym młot pneumatyczny. Największą jednak gwiazdą jest ten, którego nie widać na ekranie, ale który odpowiadał za zmieszczenie wspomnianej obsady w kadrze – Rob Hardy. Sposób, w jaki filmuje wszystkie zagrożenia czyhające na filmowe postaci zasługuje na wyróżnienie przynajmniej nominacją do Oscara. Na pewno będę mu w kategorii najlepsze zdjęcia osobiście kibicował.

Boom! Headshot.
Boom! Headshot.

Wielu z Was przed seansem rzuci pewnie okiem na IMDb czy Rotten Tomatoes, gdzie znajdziecie praktycznie wyłącznie peany na cześć „Mission Impossible – Fallout”. Niestety nie jest tak do końca różowo, jak chcieliby krytycy i widzowie. Scenariusz jest miejscami mocno naciągany (bynajmniej nie w scenach akcji), a gdzieniegdzie niepotrzebne zawiły – w pewnym momencie nie wiadomo już kto kogo wystawił, kto jest czyim sprzymierzeńcem czy wrogiem i o co tak naprawdę chodzi głównemu antagoniście – powracającemu z poprzedniej części Salomonowi Lane’owi. Gdyby nie to, „Fallout” byłby niemal idealnym filmem akcji. Ale nawet z tymi wadami, jest zdecydowanie najlepszym blockbusterem tego lata, a całe „Mission Impossible” najlepszą i najlepiej trzymającą poziom serią współczesnego kina.

Czekając na część 7

Nie pytajcie, czy warto iść do kina na „Mission Impossible – Fallout”. Po prostu to zróbcie. Jeżeli potrzebujecie 2.5 godziny nieustannej, przyprawiającej o zawroty głowy scen akcji, to film w sam raz dla was. Jeżeli czekacie na kolejnego Jamesa Bonda – możecie przestać. Agent 007 nie ma bowiem startu do Ethana Hunta. Chociaż ten z wiekiem, bardzo się do niego upodobnił, pożyczając od Jamesa tylko to, co najlepsze.