Oglądam „Reksia” od 46 lat i dopiero teraz to zauważyłem

No dobra, może oglądam nieco krócej, ale w ostatniej dekadzie, za sprawą powiększenia się rodziny, miałem okazję każdy z odcinków „Reksia” oglądać kilkudziesięciokrotnie. I dopiero dzięki temu zwróciłem uwagę na szczegół, który nie rzucił mi się w oczy przy pierwszych wieczorynkach jeszcze w latach 80.

Z dziećmi nie da się inaczej. Jeśli jakaś bajka – czy to pisana, czy animowana – siądzie, nie ma szans, by nie prosiły o nią tak długo, aż opisy czy dialogi wryją się w pamięć bardziej, niż własne imię i nazwisko. Mój starszy potomek opanował niektóre z nich do tego stopnia, że nawet po 5 latach od ostatniej z nimi styczności, jest w stanie wyrecytować wszystko, jakby widział je nie dalej jak wczoraj.

Nie inaczej było z 65 odcinkami „Reksia”, które przypadły mu do gustu bardziej niż bajkopodobne twory wypełniające kilkanaście kanałów w pierwszej lepszej kablówce czy platformie cyfrowej. A kultowa i nieodłączna od 7 odcinka serialu czołówka stała się niemal fanfarą sygnalizującą początek kolacji. I właśnie ta czołówka, po około 769 odtworzeniach, zwróciła moją uwagę.

Nie wiem jak to się stało, że przez tyle lat nie wydawało mi się dziwne rozciąganie czy stemplowanie, któremu oddaje się główny bohater bajki na jej otwarciu. Dopiero teraz bowiem zrozumiałem, że to, co oglądamy w intrze jest bezpośrednio związane z wyświetlanymi na ekranie napisami tytułowymi.

Reksio zawodzący dźwięki z kartki? Plansza z muzyką. Reksio strzelający selfiaka i uderzający w talerze? Zdjęcia i dźwięk. Reksio bez opamiętania tnący filmową taśmę? Montaż oczywiście. Reksio zmieniający się w przydługiego jamnika? Animacja. Reksio spijający śmietankę? Reżyseria i kierownictwo produkcji rzecz jasna. No i wiecznie nurtujące mnie stemplowanie – to oczywiście produkcja i powielanie podpisane nazwą Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej.

Powyższe to oczywiście banał, które większość z Was (czy też Waszych rodziców i dziadków) zauważyła już lata temu. Ja jednak w pełni doceniłem to dopiero teraz. I jaram się bardziej, niż zniuansowanymi czołówkami amerykańskich Simpsonów. Lepsze, bo polskie.

PS: Wpis z dedykacją dla syna, przyszłego (wciąż mam nadzieję) autora KWP, który prosił mnie, żebym napisał tu coś o jego ulubionej bajce.