18 seriali, które oglądałem w 2018 roku

Na filmy nie zwracam już niemal uwagi. Oto dlaczego.

Po kontrowersjach, jakie wzbudził zeszłoroczny ranking najlepszych seriali (wybierany głównie przez czytelników KWP), w tym roku postanowiłem zupełnie odejść od formuły wskazywania tych najlepszych, miast tego po prostu wypisując kilka zdań o tych, które dane mi było zobaczyć.

2018 to chyba pierwszy w historii rok mojego życia, kiedy zdecydowanie więcej czasu przed ekranami spędziłem z produkcjami odcinkowymi, niż filmami fabularnymi. Powodów tak nagłej odmiany jest kilka, lecz zdecydowanie najważniejszym jest… brak wspomnianego czasu. Nadszedł bowiem taki okres w życiu, kiedy przed ekranem dziennie jestem w stanie spędzić max 1h. A że pełnometrażówek nie lubię sztucznie dzielić na części, kupuję dzielenie historii przez telewizję czy serwisy strumieniowe.

Podliczyłem więc pozycje, którym poświęciłem uwagę w tym roku i wyszło, że było ich aż 18. Nie wszystkie miały premierę w 2018, nie wszystkie miałem siłę dokończyć, ale może poniższa lista pomoże co poniektórym w wyborze kolejnego odcinkowego tasiemca.

EDIT: Po wielu komentarzach, tu oraz na Facebooku, które wywołały nie tyle opisy, co oceny wystawione poszczególnym sezonom, pragnę nadmienić, iż skala wygląda tak: 1/5: omijać szerokim łukiem, 2/5: może lecieć w tle przy obieraniu ziemniaków, 3/5: jeśli nie ma nic lepszego, można obejrzeć, 4/5: warto zobaczyć, 5/5: zobacz koniecznie, nie przegap.

Rick & Morty (Sezon 3)

Rick i Morty

Siadałem do niego z wielkimi obawami – serial był wielokrotnie opóźniany – a po fenomenalnych dwóch pierwszych sezonach istniało zagrożenie, że kolejny może nie przeskoczyć wysoko zawieszonej poprzeczki. Na szczęście obawy okazały się bezpodstawne i Rick razem z Mortym po raz kolejny pozamiatali. A odcinek z piklowanym Rickiem przeszedł już chyba nie tylko do historii, ale wręcz legendy. Jeśli kupujecie seriale animowane dla dorosłych, jeśli lubicie pastisz science-fiction, Rick i Morty wciąż dostarczają. I będą dostarczać, gdyż kolejne sezony zostały już zapowiedziane. (4/5)

Dom z papieru (Sezon 1 i 2)

Dom z papieru

Zapuszczony czystym przypadkiem (błędne kliknięcie przy wertowaniu katalogu), obejrzany jednym tchem do samego końca. Coś, co zapowiadało się na hiszpańską podróbkę „Planu doskonałego”, już po kilku odcinkach okazało się czymś równie oryginalnym. Napad niemal doskonały na mennicę państwową rozciągnięty do dwóch sezonów mógł się nie udać, ale nawet pomimo słabszej drugiej połowy drugiego sezonu (i kiepskiego zakończenia), warto po „Dom z papieru” sięgnąć. Zwłaszcza, że szykuje się nam też sezon trzeci, już pod pieczą samego Netfliksa. Największy plus? Bohaterowie. Gdyby nie oni, emocji nie byłoby za grosz. Berlin FTW. (4/5)

Ozark (Sezon 1)

Ozark

Obejrzałem na razie dwa odcinki i… jakoś nie ciągnie mnie po więcej. Mam z tym serialem podobny problem co z „Narcos”. Do tego ostatniego jestem w stanie siąść w każdej chwili – jest to zadowalająca jakość za przystępną cenę, ciekawa historia, ale absolutnie niewciągająca, dająca możliwość przerywania sobie seansu nawet na kilka miesięcy. Tak też mam z samym „Ozarkiem”, który wygląda na tańszą wersję „Breaking Bad”, z absolutnie nieprzekonującym Jasonem Batemanem w roli głównej. Może z litości jeszcze po to w przyszłości sięgnę, by choć dokończyć pierwszą serię, ale na razie… mam co innego do oglądania. (3/5)

Zagubieni w kosmosie (Sezon 1)

Zagubieni w kosmosie

Gdyby nie 6-letni syn w ogóle bym na ten serial nie spojrzał. Oryginalnego tasiemca sprzed dekad nie znam, film sprzed kilkunastu lat wspominam z ziewnięciem, natomiast jego odcinkowa odmiana z logo wielkiego „N” jest… całkiem znośna. Tak, jest to serial, który najbardziej docenią widzowie w wieku 6-14 lat, niemający większych wymagań co do aktorstwa, scenariusza i efektów specjalnych. Mimo tytułowego zagubienia od razu widać, że główni bohaterowie wyjdą z każdej opresji (w które, niestety, pakują się na własne życzenie), więc widz nieco dojrzalszy większych wrażeń tu nie znajdzie. Młodszy zaś zobaczy zajebistego robota, o którym będzie trajkotać jeszcze wiele miesięcy po seansie. Oglądać tylko z dzieckiem. (3/5)

Nawiedzony dom na wzgórzu (Sezon 1)

Nawiedzony dom na wzgórzu

Pamiętając strasznie kiepski film Jana de Bonta (z Catherine Zetą-Jones w obsadzie), siadałem do serialu Mike’a Flanagana raczej niechętnie i bez większych nadziei. Tymczasem już po pierwszym odcinku miałem ochotę chować się pod kołdrą i oglądać go wyłącznie przy zapalonym świetle. „The Haunting of Hill House” jest bowiem nie tylko diabelsko dobrze zrealizowany (ten montaż! – lub jego brak w odcinku 6), świetnie zagrany (zwłaszcza dzieciaki dają radę), ale też ma fabułę, którą po prostu chce się prześledzić do samego końca, bez żadnej przerwy. Trup gęsto się nie ściele, flaki nie walają się po kątach, ale dreszczyk emocji towarzyszy widzowi przez cały pierwszy sezon. Wystarczyło dać kilka duchów i postraszyć widza w starym, dobrym stylu. (5/5)

Bodyguard (Sezon 1)

Bodyguard

Tytuł absolutnie nie zachęcał, ale żona namówiła mnie na oglądanie, przerywając pierwszy odcinek w połowie, nakazując mi obejrzenie prologu (próba zamachu terrorystycznego w brytyjskim pociągu). Serial twórcy świetnego (tak mówi żona, ja nie widziałem) „Line of Duty” otarł się o doskonałość – do momentu publikacji tego wpisu nie wiedziałem, czy wystawić mu dziewiątkę czy dziesiątkę. Świetny, igrający z oczekiwaniami widza scenariusz, kapitalny Richard Madden w roli tytułowej, fenomenalna realizacja no i emocje, od początku, do niemal samego końca. Niemal, gdyż w końcówce wszystkie niewiadome zostają widzowi podane na tacy, co psuje (ale tylko odrobinkę) dobre wrażenie. Polecam z całego serca. (4/5)

1983 (Sezon 1)

1983

Miażdżony przez krytyków (głównie polskich), hołubiony przez kilku ich zagranicznych odpowiedników polski serial Netfliksa okazuje się zdecydowanie lepszy, niż wskazywałyby na to mieszające go z błotem opinie tych pierwszych. Owszem, dialogi są tu nieco drewniane, aktorstwo też poniekąd wykonane z podobnego materiału, ale świetna realizacja (scenografia, muzyka, zdjęcia!), kapitalna wizja świata (jak pisałem w tekście dla WP, świata, w którym odnalazłby się i Deckard z „Łowcy androidów”, i Birkut z filmów Wajdy) i scenariuszowe zagadki nie pozwalają oderwać się od „1983” na dłużej, niż kilkanaście godzin. Warto dać mu szansę i ocenić samemu. (3/5)

Better Call Saul (Sezon 4)

Zadzwoń do Saula

Po świetnych trzech sezonach, w których znany z „Breaking Bad” Saul Goodman zmagał się z przeciwnościami losu i kłodami rzucanymi mu pod nogi przez brata… nastał powolny, nudny, mało wnoszący do całości sezon 4. Z trudem przebrnąłem przez ten zlepek powolnych scen i mało zabawnych epizodów, które coraz bardziej zazębiają się ze wspomnianym w pierwszej linijce tego opisu serialem, ale jak na razie nie dorastają mu do pięt. Totalnie do odpuszczenia – cokolwiek będzie w sezonie piątym, niniejszy można całkowicie odpuścić, nic nie tracąc. Tragiczny zapychacz. (2/5)

Jack Ryan (Sezon 1)

Jack Ryan

Tu mogło nie udać się wszystko, ale ostatecznie spasowało… równie wiele. Mimo dziesiątek produkcji o terrorystach, zamachach, porwaniach itp. „Jackowi Ryanowi” udało się rzucić nieco inne światło na wieloletni konflikt Wschodu z Zachodem, dorzucając sporych rozmiarów pierwiastek ludzki. Sam Ryan (w tej roli teoretycznie do niej zupełnie niepasujący John „Jim Halpert” Krasinski) nie tyle nie przeszkadzał, co stworzył wręcz wiarygodną postać początkującego genialnego analityka po przejściach, a partnerujący mu, znany z „The Wire” Wendell Pierce, znakomicie go obsadowo uzupełniał. I choć całość pod względem scenariusza raczej nie zaskoczyła, dzięki wspomnianej dwójce dała się łyknąć bez większego bólu. (4/5)

American Crime Story (Sezon 1)

American Crime Story

W sumie nie wiem, dlaczego zacząłem to oglądać. Sprawę O.J. Simpsona znam w sumie dość dobrze (będąc fanem „Nagiej broni” zainteresowałem się podejrzeniami wobec Juice’a dość wcześnie), miałem pozaczynanych kilka innych pozycji, a jednak przysiadłem i spróbowałem. I o ile odcinek pierwszy jeszcze mnie zaciekawił, tak kolejne to właściwie wyłączne puszczanie oka do widza, co nieco pamiętającego jeszcze z lat 90. Inaczej bowiem nie da się nazwać m.in. rodzinnych scen z dziećmi Roberta Kardashiana, wciśniętych tylko po to, by na Twitterze ktoś mógł wrzucić: hej, w tym serialu jest Kim Kardashian, oglądajcie! A ja powiem krótko: nie oglądajcie, szkoda waszego czasu. (2/5)

American Vandal (Sezon 1)

American Vandal

Nigdy nie przypuszczałem, że serial o malowaniu kutasów na samochodach oraz próbie znalezienia sprawcy tego jakże haniebnego aktu wandalizmu może być tak wciągający. Ale „American Vandal” pod wulgarnym płaszczykiem licealnego wyuzdania, robienia komuś laski na pomoście i nieprzebierania w słowach skrywa naprawdę dobrze napisaną historię (z morałem!). Scenariusz sprytnie i umiejętnie bawi się oczekiwaniami widza, wodzi go za nos i z każdą sceną coraz bardziej zmusza do myślenia. Teoretycznie wszyscy wiedzą, kto zniszczył 27 samochodów farbą w sprayu, ale im dłużej „Vandala” oglądamy, tym więcej wątpliwości nabieramy i sami zaczynamy typować winnego. Odcinki są zaledwie 30-minutowe, ale sprawiają tyle frajdy, że serial ogląda się jednym tchem i ciągłym skurczem przepony. (4/5)

Terror (Sezon 1)

Terror

Wśród zachwytów nad serialową ekranizacją powieści Dana Simmonsa (tego pana, który napisał przegenialnego „Hyperiona”), natrafiłem na IMDb na jedną recenzję, która doskonale oddaje moje odczucia co do „Terroru”. I aż dziw bierze, że dopisanie do prawdziwej historii wyprawy w Arktykę fikcyjnych wydarzeń, które tak dobrze zagrało na papierze, na srebrnym ekranie wypada blado nawet w starciu z wysychającą na ścianie farbą. „Terror” jest długi, rozwleczony do granic możliwości, przygnębiający i totalnie nieciekawy. Scenografię i kierownictwo artystyczne jest tu na ekstremalnie wysokim poziomie, ale reżyseria i scenariusz zarżnęły tę quasi-paranormalną opowieść dokumentnie. A szkoda. (2/5)

Pułapka (Sezon 1)

Pułapka (LOL)

To miał być przełom dla stacji TVN – pierwsza produkcja premium, mogąca konkurować z zakodowanymi dokonaniami HBO czy Canal+, ale skierowana od razu dla ogólnopolskiego kanału o zdecydowanie szerszym zasięgu niż wspomniane dwie stacje. I to był błąd. „Pułapkę” bowiem należałoby zakodować i ukryć tak dobrze, by nie natrafił na nią nawet przypadkiem przelatujący przez setki kanałów niezdecydowany telewidz. To zły, stereotypowy, zapożyczający się w zdecydowanie lepszych serialach telewizyjny gniot, w którym główna bohaterka (szukająca natchnienia pisarka-alkoholiczka – jakże oryginalnie!) stara się rozwikłać tylko z pozoru nierozwiązywalną tajemnicę. Seriali takich jak ten jest na pęczki, szkoda więc czasu na ich polską nawet nie pod-, lecz zwyczajnie niedoróbkę. (1/5)

Nocny recepcjonista (Sezon 1)

Nocny recepcjonista

Po „Nocnego recepcjonistę” sięgnąłem natchniony rankingiem seriali KWP i czytelników z 2016 roku oraz trzema Złotymi Globami, dla trójki głównych aktorów wcielających się w bohaterów wykreowanych na papierze przez Johna Le Carré’a. I tak się zastanawiam, za co były te nagrody? Olivia Colman udaje tu Frances McDormand z filmowego „Fargo”, Hugh Laurie stara się nie być doktorem House’em, a Tom Hiddleston jest równie drętwy, co w każdym innym projekcie ze swoim udziałem. Jak na wytwór wyobraźni mistrza szpiegowskich thrillerów, fabuła „The Night Managera” jest przewidywalna, naiwna, a momentami wręcz głupia. Trudno bowiem uwierzyć, że geniusz zbrodni kupi tanie bajeczki sprzedane mu na poczekaniu przez randoma poznanego w jednym z hoteli i włączy go do swojego master-planu tylko dlatego, że ten dał sobie obić mordę za jego syna. Bardziej wiarygodne historie widziałem w tym roku nawet na TVN-ie. (2/5)

Black Mirror (Sezon 4)

Czarne lustro

„Black Mirror” jaki jest, każdy widzi. Mimo tylu lat na karku wciąż nie zawodzi, a w każdym swoim sezonie pokazuje przynajmniej jeden odcinek, który z powodzeniem mógłby ubiegać się o najwyższe oscarowe laury. W sezonie trzecim był to „San Junipero”, w tym zdecydowany prym wiedzie arcyfenomenalny „USS Callister” – pierwszy z sześciu nowych odcinków Netfliksa. Warto oczywiście zobaczyć je wszystkie, ale jeśli goni was czas, to rzućcie okiem chociaż na ten jeden – ze świetną rolą Metha Damona (tj. Jesse’ego Plemonsa), fantastycznym konceptem garściami czerpiącym ze „Star Treka” oraz zakończeniem, które pierwszy raz w historii „Czarnego lustra” daje nadzieję… na ciąg dalszy. To byłby dopiero numer. (4/5)

Mindhunter (Sezon 1)

Mindhunter

Oglądałem go trochę jak „Narcos” – z wieloma, nawet kilkutygodniowymi przerwami – jednak w odróżnieniu do narkotykowych potyczek kolumbijskich gangów, do „Mindhuntera” ciągle miałem ochotę wracać. Świetne oddane realia końca lat 70. i początku 80., scenariusz kipiący od dobrych dialogów, morderstwa, które nawet z opisu potrafią wywołać dreszcze i rozkminy głównych bohaterów, które dały początek profilowania seryjnych morderców. Pierwsze i ostatnie dwa odcinki wyreżyserował David Fincher, stąd też przyjęło się nazywać całość jego produkcją. Tymczasem twórcami tego niespiesznego, ale wciągającego show są Jennifer Haley i Joe Penhall – ten ostatni znany z napisania adaptacji „Drogi” Cormaca McCarthy’ego. Z „Mindhunterem”, muszę przyznać, poszło mu równie dobrze. (4/5)

Westworld (Sezon 2)

Westworld

Ileż ja się naczytałem o tym, jak tragicznie słaby jest drugi sezon „Westworld”. Jakże długo zwlekałem z jego seansem, bojąc się zawodu po świetnej jego pierwszej odsłonie! Tymczasem, kiedy już odpaliłem pierwszy odcinek drugiej… wsiąkłem i obejrzałem całość praktycznie w jeden dzień. Podczas gdy oryginał śledziłem w odstępach tygodniowych, każdy kolejny odcinek rozszyfrowując wraz ze społecznością r/westworld, tu łyknąłem wszystko jednym haustem. I tak, jest to gorsze niż hit z 2016 roku, ale wciąż sprawdza się idealnie jako gigantyczne, 10-odcinkowe puzzle, które potrafią zaskoczyć w dosłownie każdej sekundzie. I choć scenariuszowi przydałoby się trochę szlifów, a dialogom nieco sensu, całość sprawia wrażenie naprawdę dobrze przemyślanej produkcji, której sezon trzeci może być cudownym zwieńczeniem. (4/5)

Fargo (Sezon 3)

Fargo

Tu z kolei, po fenomenalnych dwóch pierwszych sezonach (oba 10/10) i mocno wygórowanych oczekiwaniach, spotkał mnie srogi zawód. „Fargo” rozgrywane niemal w teraźniejszości nie robi już tak dobrego wrażenia, jak kiedyś. A pranie pieniędzy i braterskie kłótnie to nie są wątki, które potrafią porwać rząd dusz. Najjaśniejszymi punktami tego sezonu były tak naprawdę nawiązania do tych wcześniejszych. A całości nie poprawiał niestety mocno przestrzelony casting (Ewan McGregor bardziej irytował, niż bawił, a na pewno nie sprawiał, by przejmować się jego losem) i banalny w gruncie rzeczy scenariusz. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i czwarta odsłona show Noah Hawleya powróci do dawnej świetności. (3/5)

Post Scriptum:

Zastanawiacie się pewnie, gdzie tu „Rojst”, „Ślepnąc od świateł”, „Electric Dreams”, „Maniac”, „Ostre przedmioty” czy nowa „Sabrina” (i pewnie jeszcze dziesiątki innych, których tytułów nawet nie pomnę). A ja zastanawiam się, jak sprawić, by dzień miał przynajmniej 30 godzin. Kiedyś obejrzę. I na pewno będę się częstokroć bawić lepiej, niż na niejednym filmie, który z przykrością obejrzałem w mijającym roku.