Jak on to zrobił?! 6 najlepszych scen kaskaderskich w historii kina

Upadek z wysokiego konia, dzwon, samospalenie, skok bez spadochronu… Przykładów narażania życia na planie filmowym jest bez liku, ale tylko niektóre zapisały się trwałymi zgłoskami na kartach historii kinematografii. Jeden z najlepszych już wkrótce ponownie zobaczycie w TV. Ale mam dla was jeszcze pięć – wszystkie to mistrzostwo świata.

Każda z wymienionych w niniejszym wpisie scen zasługuje na oklaski, a biorący w niej udział aktorzy czy kaskaderzy na największe uznanie. Wielka szkoda, że coraz więcej twórców przedkłada efekty komputerowe nad rasowe sceny kaskaderskie. Patrząc jednak na to, jak wysoko oceniane są te kręcone współcześnie, ale przy użyciu starych technik, można wysnuć jeden wniosek – opłaca się ryzykować.

Całe też szczęście, że istnieją stacje telewizyjne (patrzę na ciebie, TNT i twe zacne „Piątki w akcji”), które wygrzebują perełki z annałów kinematografii i dają nieco młodszym widzom szansę na poznanie tego, jak kiedyś wyglądało przysłowiowe (wiem, nie ma takiego przysłowia) wgniatanie w fotel. Następujące sekwencje miażdżą bowiem tak mocno, że fotel pod ich naporem zwyczajnie pęka. Sami zresztą zobaczcie.

Jackie Chan – „Project A”

Tak prawdę rzekłszy, cała ta lista mogłaby być zapchana przez filmowe wybryki Jackie’ego Chana, który przez zdecydowaną większość swojej kariery był jednocześnie i aktorem, i kaskaderem. Kilka razy otarł się nawet o śmierć, gdy np. źle skalkulował odległość bądź upadł w niewłaściwy sposób. Jedną z takich scen, jednocześnie udanych (bo uwiecznionych na filmie) i nieudanych (bo szalenie niebezpiecznych i zakończonych nie do końca tak, jak przewidywał) to upadek z wieży zegarowej w filmie „Project A”. Chan kręcił tę scenę kilkukrotnie i za każdym razem, spadając z drugiego piętra przez dwie markizy, coś szło nie po jego myśli. Sami zresztą zobaczcie, jak bardzo to wszystko niebezpiecznie wyglądało – nawet w tej ostatecznie wybranej do filmu wersji.

 

Tom Cruise – „Mission: Impossible – Rogue Nation”

Podobnym niepoprawnym filmowym szaleńcem jest Tom Cruise. Aktor w pewnym momencie swojej kariery musiał chyba pozazdrościć Jackie’emu fizycznej sprawności, pomysłowości i odwagi, postanowił sam spróbować swoich sił w starciu z wymaganiami kina akcji. Od tego czasu część swoich produkcji (i, przede wszystkim, każdą kolejną część „Mission: Impossible”) sprzedaje jakimś nieprawdopodobnym kaskaderskim wyczynem.

Cruise zrobił to przypięty jedynie ukrytymi w posprodukcji linkami oraz ze specjalnymi soczewkami na oczach. Szaleniec.
Cruise zrobił to przypięty jedynie ukrytymi w posprodukcji linkami oraz ze specjalnymi soczewkami na oczach. Szaleniec.

W najnowszej części było to oblatywanie helikoptera i tzw. HALO Jump (skok ze spadochronem z dużej wysokości i jego otwarcie niebezpiecznie nisko nad ziemią), co jednak przeszło bez większego echa. Jeden film wcześniej bowiem, Cruise przyczepił się do startującego samolotu, czym przebił nawet widowiskowe popisy wspinaczkowe na Burj Khalifa. Co wymyśli następnym razem?

 

Simon Crane – „Na krawędzi”

Jeśli Tom Cruise przyczepiony do startującego samolotu nie jest dla was wystarczająco spektakularny, to co powiecie na przejście po linie między dwoma odrzutowcami lecącymi kilkaset kilometrów na godzinę kilkanaście kilometrów nad ziemią? Tego niesamowitego wyczynu dokonał kaskader w prologu „Na krawędzi” („Cliffhanger”) z Sylwestrem Stallone’em w roli głównej. Przez bardzo długi czas myślałem, że scena ta to połączenie dobrego montażu z odrobiną magii kina – dopiero ostatnio jednak natrafiłem na materiał zakulisowy, który otworzył mi oczy. Simon Crane zrobił to naprawdę, ocierając się o śmierć w trzewiach silnika odrzutowego przy kilku dublach. Spośród nich wybrano ten najlepszy, który trafił do ostatecznej wersji filmu.

W ogóle „Na krawędzi” to nieco zapomniany klejnot kina akcji, rzadko kiedy puszczany obecnie w telewizji i raczej trudno dostępny w Internecie. Warto więc go sobie nadrobić lub przypomnieć w najbliższy piątek, 28 grudnia, kiedy zostanie wyemitowany w telewizji TNT. Początek już o godzinie 21:00. Zanotujcie w kalendarzach!

 

Joseph Gordon Levitt – „Incepcja”

Pisałem już, że Christopher Nolan to wyznawca starej szkoły filmowej, który ponad efekty generowane komputerowo stawia kaskaderkę, pirotechnikę i zawieruchę na planie filmowym? No to już wiecie, której sceny nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. Wybudowana za kilka baniek centryfuga (zwana potocznie wirówką), wewnątrz której umieszczono obracający się wokół własnej osi hotelowy korytarz i dwóch aktorów toczących pojedynek na śmierć i życie. Wszystko sfilmowane za pomocą przyczepionej do jednej ze ścian kamery, dało wiarygodny efekt szalejącej grawitacji.

Jeśli kręciło się Wam w głowach, pomyślicie tylko, jak musiał czuć się Levitt.
Jeśli kręciło się Wam w głowach, pomyślicie tylko, jak musiał czuć się Levitt.

Samo przygotowanie scenografii zajęło kilka miesięcy, a aktorzy miotający się od ściany do ściany ćwiczyć musieli ponad dwa tygodnie, by nie skręcić sobie karków, a następnie na samym planie zdjęciowym spędzić jeszcze 20 dni. Całość dała jedną z najbardziej spektakularnych i pamiętnych scen XXI wieku – scen, które przyciągnęły do kin widzów już krótkimi fragmentami w zwiastunie.

 

Tony Jaa – „The Protector”

Tony Jaa, podobnie jak Jackie Chan czy Tom Cruise mógł pojawić się na tej liście już kilkukrotnie – głównie za sprawą cudów, jakie wyczynia w serii „Ong-Bak”. To co wyprawia jednak w widowiskowym masterszocie z filmu „The Protector” przechodzi ludzkie pojęcie. Zresztą nie tylko on – czterominutowa sekwencja dzikiej furii, podczas której główny bohater rozprawia się z kilkudziesięcioma oprychami, to maestria choreografii i kaskaderki. Każdy cios wygląda tu na bolesny, każdy upadek na śmiertelny, a każda kolejna sekunda na arcydzieło kina akcji. Co prawda „The Protector” nie trzyma tak wysokiego poziomu przez cały czas, ale tej jednej scenie warto poświęcić kilka minut życia. A potem ze szczękopadem obejrzeć ją ponownie.

 

Buster Keaton – „Marynarz słodkich wód”

Tego filmu i tej postaci nie mogło tu zabraknąć. Buster Keaton pierwszy w historii kina aktor i kaskader w jednej osobie wielokrotnie narażał swoje życie dla efektu WOW. Dla widzów przed ekranami był niemal superbohaterem, na długo zanim ci zaczęli się pojawiać w komiksach czy telewizji. Pośród wielu filmów, w których po prostu miażdżył swoją ekranową prezencją i odwagą, na czoło wysuwa się „Marynarz słodkich wód” („Steamboat Bill, Jr.”) z 1928 roku, gdzie to mógł zostać zmiażdżony sześcioma tonami betonu i drewna.

"O mały włos" to, z braku lepszego słowa, mało powiedziane.
„O mały włos” to, z braku lepszego słowa, mało powiedziane.

Precyzja, z jaką wyliczył upadek frontu jednego z domów tak, aby w otwartym oknie zmieścić się bez zadraśnięcia, powala do dziś. A wystarczyło kilka centymetrów w tę czy inną stronę, by z Keatona została mokra plama. I kto wie, jak potoczyłaby się historia kina, gdyby wiatr w tej scenie zawiał nieco mocniej.

 
Czy sześć to nie za mało? Pewnie, że za mało! Powyższy wpis mógłby z powodzeniem liczyć i ze 100 przykładów, więc nie omieszkajcie dać znać w komentarzach, czego zabrakło. I nie zapomnijcie przełączyć na TNT w piątek o 21:00.

Wpis powstał we współpracy z TNT Polska. Sceny kaskaderskie powstały naprawdę.