4 powody, by włączać telewizor w piątki o 21:00

Jak często oglądacie telewizję? Ja, przyznam szczerze, włączam odbiornik głównie dla sportowych transmisji czy światowych premier popularnych seriali. Ale ostatnio TV sprawdzam w każdy piątek z czystego sentymentu za czasami, gdy faceta poznawało się nie po tym, ile pieluch zmieni w ciągu dnia, ale po tym, ile kręgosłupów jest w stanie przetrącić w ciągu minuty.

Na stację TNT trafiłem zupełnym przypadkiem, kiedy YouTube przypomniał mi fenomenalną kampanię sprzed lat, którą pewnie widzieliście i wy. Ustawiony na środku placu gdzieś w Belgii przycisk, którego naciśnięcie powodowało odpalenie sekwencji rodem z kina akcji bawi do dziś. I niejako zachęca do sprawdzenia, co ciekawego w ramówce ma jej polski oddział.

A ma kino, które wielu z was oglądało z wypiekami na twarzy za dzieciaka, ale które nawet po latach przyjemnie jest zapuścić sobie w piątek wieczorem. A na pewno przyjemniej niż kolejny odcinek ustawionego „show” kierowanego do gawiedzi, która myśli, że głosami SMS ma wpływ na cokolwiek, co dzieje się na ekranie. Pamiętacie te kultowe hity? Losy ich powstawania są często tak samo dobre, jeśli nie lepsze od gotowych dzieł. I może właśnie dlatego warto sobie je przypomnieć.

Con Air – Lot skazańców

Czy film zainspirowany artykułem w gazecie na temat samolotu transportującego więźniów może być zły? Na pewno wiele osób nie uważa „Lotu skazańców” za dzieło wybitne, ale na pewno mają o nim dużo lepsze mniemanie niż John Cusack. Popularny aktor po dziś dzień odmawia bowiem udzielania jakichkolwiek odpowiedzi na pytania z nim związane. Tymczasem „Con Air”, z czego na pewno nie zdaje sobie sprawy, to jeden z najlepszych filmów z jego udziałem. A na pewno najlepszy film akcji, w jakim zagrał.

A taki był ładny, amerykański...
A taki był ładny, amerykański…

Wyświetlana we Francji pod tytułem „Piekielne skrzydła” („con” w języku francuskim to potoczne określenie idioty) produkcja napotkała na swojej drodze wiele problemów – ze śmiercią jednego z członków ekipy zgniecionego wrakiem samolotu na czele – ale okazała się międzynarodowym hitem, do którego z przyjemnością wraca się nawet po 22 latach od premiery. Spora w tym zasługa obsady z Nicolasem Cage’em i Johnem Malkovichem na czele, kapitalnego drugiego planu, gdzie prym wiedzie Steve Buscemi (jest wątek to niemal film w filmie!) oraz spektakularnych scen akcji, pełnych destrukcji i pirotechniki.

Nazywa się Poe, Cameron Poe.
Nazywa się Poe, Cameron Poe.

No bo jak tu się nie zachwycić sceną lądowania potężnego samolotu na ulicach Las Vegas czy destrukcją znanego i uwiecznianego na pocztówkach hotelu Sands, który na potrzeby filmu… został zburzony? OK, może nie do końca na potrzeby samej produkcji, ale nagranie jego rzeczywistego równania z ziemią i wykorzystania materiału w samym filmie, sprawia, że „Con Air” nie zestarzała się ani odrobinę. Przekonajcie się na własne oczy, w najbliższy piątek o 21:00 na TNT.

Rambo: Pierwsza krew

Sylvester Stallone tak bardzo nienawidził pierwszego montażu tego filmu – trwającego ponad trzy i pół godziny – iż zastanawiał się nad wykupieniem do niego praw i zniszczeniem. Obawiał się, że ta produkcja jest tak zła, że zniszczy jego karierę. Stety-niestety jedyne, co udało mu się wywalczyć, to skrócenie „Pierwszej krwi” do 93 minut. Półtoragodzinnego polowania, które podbiło świat nie będąc kolejną częścią „Rocky’ego”.

Zaiste pierwsza krew.
Zaiste pierwsza krew.

Niewiele zresztą brakowało, by Stallone w ogóle nie znalazł się w filmie. Rolę tę wstępnie zaoferowano Alowi Pacino, który ostatecznie jednak zrezygnował, gdy reżyser nie zgodził się na proponowane przez niego zmiany w scenariuszu. Ostatecznie jednak, to 27 (!) jego wersja została sfilmowana – ta, którą napisał właśnie Sylvester. O dziwo, jest to też jedyna część, w której Rambo nie używa ani łuku, ani moździerza. Ginie w nim też zresztą tylko jedna osoba, ale i tak w chwili debiutu w niektórych krajach dozwolony był dopiero od lat 18.

Czy winne takiemu stanowi rzeczy były uwiecznione na filmie prawdziwe obrażenia, jakich Stallone doznał podczas kręcenia scen kaskaderskich? Czy informacja, że w jednej z wersji scenariusza Rambo osobiście zabija 18 osób? Jeśli jeszcze nie widzieliście pierwszej części klasycznej serii filmów akcji, włączcie sobie TNT 17 maja o 21:00.

Tylko jeden

Początkowo pierwsze skrzypce miał tu grać Dwayne „The Rock” Johnson, ale ostatecznie trafił do drugiej części „Mumii”. Dopiero kiedy do projektu dołączył Jet Li – idol nastolatków końca lat 90. i pierwszej dekady XXI wieku porównywany do Bruce’a Lee – film nabrał odpowiedniego kształtu. I dostał tytuł, który trochę przypadkowo, a trochę nie, mocno nawiązuje do Matrixa.

„The One”, bo tak brzmi i nim był też matriksowy Neo, już w wyżej prezentowanym fragmencie mocno nawiązuje do stylistyki filmu rodzeństwa Wachowskich (wówczas ostatnim krzykiem mody było slow-motion w walkach wręcz i unikanie kul), ale tak po prawdzie nigdy mu nie dorównuje. Chociaż stara się jak może zaciekawić widza teorią światów równoległych połączoną z mordobiciem.

Nie przebiera w środkach.
Poszli w koszty.

Samo założenie jest naprawdę zacne i mogłoby z powodzeniem zagrać jako serial. Czyż bowiem wymordowanie swoich odpowiedników ze stu-kilkudziesięciu światów równoległych, które może sprawić, że stajesz się najsilniejszą osoba we wszechświecie, nie brzmi jak nieco bardziej widowiskowa wersja kultowego w niektórych kręgach „Sliders”?

Te czasy już nie wrócą, Jason.
Te czasy już nie wrócą, Jason.

Plus obsada, w której oprócz będącego u szczytu Jeta Li mogliśmy oglądać raczkującego wówczas w Hollywood (bo wciąż z włosami na głowie) Jasona Stathama czy kojarzoną obecnie z Netfliksowym „Nawiedzonym domem na wzgórzu” Carlą Gugino. Nie jest to może dzieło na miarę „Matriksa”, nie jest to film do którego wraca się równie często, ale jest to zaś pozycja godna przypomnienia sobie, zwłaszcza że w tym roku staje się pełnoletnia. Do obejrzenia również na TNT piątek 24 maja. Godzinę już znacie.

Człowiek demolka

Tak bardzo kocham to bombastyczne dzieło sztuki z 1993 roku. Film, w którym początkowo grać mieli Steven Seagal i Jean-Claude Van Damme, ale żaden z nich nie zgodził się na rolę czarnego charakteru, ostatecznie w głównych rolach pokazał Sylvestra Stallone u szczytu sławy oraz Wesleya Snipesa u szczytu formy. Film, który w rzeczy samej był nieautoryzowaną adaptacją powieści węgierskiego pisarza Istvana Nemere, a który nie miał odpowiednich środków, by pozwać amerykańskie studio odpowiedzialne za jego produkcję. Film, który pomimo 26 lat na karku jest tak zabawny, jak w dniu premiery.

Sama radość!
Sama radość!

Już sam trailer zwiastował coś niespotykanego – bo któż podkłada muzykę Wojciecha Kilara z „Draculi” pod komediowy akcyjniak science-fiction osadzony w czwartej dekadzie XXI wieku? W dodatku inspirowany klasyką literatury dystopijnej – „Nowym wspaniałym światem” Aldousa Huxleya? Niespotykana też, bo bardzo kreskówkowa jest tu przemoc. Krew leje się wiadrami, trup ściele się gęsto (na ekranie ginie ponad 70 osób – porównajcie to z „Rambo”), a bohaterowie nie przebierają w słowach mimo obowiązującego w 2032 roku zakazu używania wulgaryzmów.

Podpis pod zdjęciem ocenzurowano.
Podpis pod zdjęciem ocenzurowano.

I właśnie ów zakaz, fakt zastąpienia papieru toaletowego muszelkami, zajaranie ludzi przyszłości reklamami z lat 90. czy konsekwencje wojen sieci fast-foodów wygranych ostatecznie przez Taco Bell, sprawiają, że „Człowieka-demolkę” do dziś ogląda się z wielkim bananem na twarzy. Te ostatnie zresztą ostatnio stały się nadzwyczaj popularne. Czy będzie tak nadal 31 maja? Przekonacie się tegoż dnia o 21:00 również na TNT.

Tekst powstał we współpracy z telewizją TNT.