5 powodów, dla których warto sięgnąć po "Zapomniany legion"

Kiedy znajomy z pracy zapytał mnie, czy mogę mu pożyczyć „Zapomniany legion”, nieco mnie zaskoczył. Nie, nie tym, że od czasu do czasu zagląda na KWP (OK, tym też), ale raczej faktem, że nabrał ochoty na tego typu lekturę. Oraz zwróceniem uwagi na fakt, jak silnie Wydawnictwo Znak stara się wypromować quasi-historyczną powieść Bena Kane’a, nie szczędząc pieniędzy na pokazywanie jej okładki, gdzie tylko się da. Zupełnie tak, jakby faktycznie wierzyło w czytelniczy i finansowy sukces przekładu debiutanckiego dzieła urodzonego w Kenii powieściopisarza. I wiecie co? Ta wiara ma całkiem solidne podstawy. Czytaj dalej „5 powodów, dla których warto sięgnąć po "Zapomniany legion"”

Co powstanie ze skrzyżowania "Rzymu", "Gladiatora" i brutalności "Gry o tron"?

Bardzo miłe zaskoczenie – tak chyba najlepiej opisać książkę, którą od kilku dni w wolnych chwilach pochłaniam. Do „Zapomnianego legionu”, bo to o powieści Bena Kane’a piszę, podchodziłem z dużą ostrożnością, starając się zachować bezpieczny dystans, niczym pies po wywąchaniu jeża w ogródku. Czytaj dalej „Co powstanie ze skrzyżowania "Rzymu", "Gladiatora" i brutalności "Gry o tron"?”

Jest jedna rzecz, której boję się najbardziej na świecie

Jeszcze do niedawna myślałem, że nie boję się niczego. Ani niebezpieczeństw, ani chorób, ani nawet śmierci. Jednak wraz z przewracaniem stron wymienianych co rok kalendarzy i nieubłaganą zmianą palety barw na czubku mojej głowy doszedłem do wniosku, że jest jednak jedna rzecz, której boję się najbardziej i wiem, że nie mam z nią absolutnie żadnych szans w bezpośrednim starciu. Po tym, co za chwilę przeczytacie, dowiecie się, dlaczego jestem tak przerażony. Czytaj dalej „Jest jedna rzecz, której boję się najbardziej na świecie”

Gdyby science-fiction było bardziej science, niż fiction

Wszyscy doskonale to znamy. Oglądamy bądź czytamy dzieło będące przedstawicielem gatunku science-fiction i nachodzą nas wątpliwości, które z fragmentów to faktycznie nauka, a które czysta fikcja. Zdarza się też, że tak naprawdę większość tego science, to nic innego jak fiction właśnie, ale przez sympatię do X muzy staramy się przymknąć oko na naciągany scenariusz. Są jednak tacy, którzy tego nie potrafią. I bardzo zgrabnie pokazują, jak wyglądałyby wątki popularnonaukowe, gdyby wyciąć z nich część popularną właśnie. Czytaj dalej „Gdyby science-fiction było bardziej science, niż fiction”

Znasz ich tylko z inicjałów. Dziś dowiesz się, jak naprawdę się nazywają

Prawdę rzekłszy, tekst ten pisałem głównie dla siebie, sam poniekąd dokształcając się w kwestii imion osób, znanych głównie z nazwiska. I dwóch-trzech liter je poprzedzających. A jako że moja ignorancja okazała się większą, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, zawarta tu treść jest jednocześnie skrzyżowaniem memento i samobiczowania. Przy okazji może też przydać się osobom, które jak i ja nie chcą błaźnić się w towarzystwie, popisując się nieznajomością danych personalnych wybitnych (lub znanych – to nie zawsze idzie w parze) osobistości. A teraz szczerze – znaliście wszystkich?
Czytaj dalej „Znasz ich tylko z inicjałów. Dziś dowiesz się, jak naprawdę się nazywają”

Istnieje tylko jeden taki egzemplarz dzieła Tolkiena

Jedno z najbardziej znanych dzieł Tolkiena powstawało z przerwami na m.in. „Hobbita” i „Władcę Pierścieni” ponad 60 lat. Kiedy w 1917 roku zaczął on pisać dzieło swojego życia, nawet nie przypuszczał, że zostanie ukończone i wydane dopiero cztery lata po jego śmierci. A mogło się to stać o wiele wcześniej, gdy krótko po premierze przygód niziołka i bandy krasnoludów autor zaproponował swojemu wydawcy opublikowanie zbioru opowieści o Pierwszej Erze stworzonego przez siebie świata. Ten jednak tylko popukał się w czoło (byłem, widziałem) i zasugerował dopisanie ciągu dalszego do pierwszej ze wspomnianych powieści. Czytaj dalej „Istnieje tylko jeden taki egzemplarz dzieła Tolkiena”

Czytaliście "Grę o tron"? Jest jedna rzecz, której na pewno nie wyłapaliście

Dziś za oceanem, a już jutro nad Wisłą znowu powieje mrozem – nadeszła długo oczekiwana zima. Telewizyjna „Gra o tron” niniejszym dogoniła książkowy pierwowzór, chociaż z roku na rok coraz bardziej się od niego oddalała, pomijając wiele ważnych wątków i niemal wszystkie pomniejsze. Szkoda, bo zwłaszcza te ostatnie stanowią o sile historii snutej przez George’a Martina, a przy okazji są kopalnią anegdotek i porozumiewawczych mrugnięć do fanów „Pieśni lodu i ognia”. O jednym z nich nie wiedzą jednak nawet niektórzy najwięksi jej fanatycy. A teraz mogą dowiedzieć się wszyscy. Czytaj dalej „Czytaliście "Grę o tron"? Jest jedna rzecz, której na pewno nie wyłapaliście”

Nikt tak po prostu nie wleci rakietą do Mordoru. Jeszcze nie

25 marca jak co roku wszyscy miłośnicy Tolkiena zasiedli do czytania dzieł swojego ulubionego pisarza. Na KWP chłonęliśmy jego twórczość co prawda kilka tygodni wcześniej, przy okazji wpisu o nieukończonej kontynuacji „Władcy Pierścieni” (kto nie miał przyjemności, zachęcam), dlatego dzisiaj, miast maltretować Was znanymi wszem i wobec fragmentami, postanowiłem podzielić się ciekawostką, o której wiele osób mogło nie wiedzieć. Bo ciekawostką jest zaledwie od kilku lat. Czytaj dalej „Nikt tak po prostu nie wleci rakietą do Mordoru. Jeszcze nie”

A potem nie było już nic…

…jedynie ruiny lasu i dryfująca wolno z wiatrem chmura kurzu na horyzoncie. I siedząca na nierównym, omszałym kamieniu milowym czarna i obszarpana postać. Był to ten, którego niesłusznie się przeklina, który budzi lęk i trwogę, ale który jest jedynym przyjacielem nędzarza i najlepszym lekarzem śmiertelnie rannego.

Pamiętam, jakby to było dzisiaj. Mała gminna biblioteka we wsi na peryferiach cywilizacji. Cztery regały książek, a pomiędzy nimi zezowaty okularnik ze świeżo wyrobioną kartą czytelnika. Błąka się, nie wie na czym zawiesić oko, szukając czegoś innego niż jeszcze niezdjęte z półek dzieła późnego komunizmu. Kątem uciekającego oka dostrzega żółtą okładkę z przekreślonym czerwoną kreską tytułem i obrazkiem natychmiast uruchamiającym wyobraźnię. Podejmuje decyzję – to będzie jego pierwsza wypożyczona książka. Nawet nie przypuszcza w jak długą i pełną przygód podróż tym samym wyrusza. Czytaj dalej „A potem nie było już nic…”

5 słynnych książek, których autorzy żałują, że je napisali

W czasach, kiedy książki wydają nie tylko osoby, które dryg do pisania wyssały z mlekiem matki, ale też twarze z okładek kolorowych magazynów, sportowcy nieumiejący sklecić dwóch sensownych i zachowujących ciąg przyczynowo-skutkowy zdań oraz blogerzy, którym wydaje się, że kilkaset like’ów pod wpisem przekłada się na talent pisarski, przebić się ze swoją powieścią jest niezwykle trudno. A marzeniem każdego, kto porywa się na pisarstwo, jest oczywiście mityczna sława i bogactwo, ponoć gwarantowane w momencie, gdy ich „dzieło” osiągnie status bestsellera.

Jak się jednak okazuje zdarzają się sytuacje, gdy tak pożądany literacki sukces może stać się dla autorów poczytnych wolumenów prawdziwym utrapieniem. Przekleństwem, które sprawia, że nagle zaczynają żałować, że w ogóle zabrali się za ich pisanie. Nie wiem, czy zdają sobie z tego sprawę osoby wspomniane w powyższym akapicie, ale jeśli zapoznają się z poniższymi przykładami słynnych autorów ubolewających nad sukcesem ich najpopularniejszych dzieł, mogą dość do wniosku, że rozgłos i powodzenie to niekonieczne to, co skrycie pragną w życiu osiągnąć. Czytaj dalej „5 słynnych książek, których autorzy żałują, że je napisali”