Plotka. Tak się rodzi

Rozpad The Beatles w 1970 roku był dla całego świata szokiem. Ludzie nieświadomi tarć, jakie nastąpiły w zespole po śmierci menedżera zespołu zostali po prostu zdruzgotani informacją z 10 kwietnia. To właśnie wtedy Paul McCartney publicznie ogłosił swoje odejście z zespołu. Nikt wówczas nie wiedział, że John Lennon odszedł jeszcze we wrześniu 1969 roku, ale każdy wierzył, że skłóceni muzycy dojdą za jakiś czas do porozumienia i reaktywują zespół. Proponowano im astronomiczne kwoty za choćby jeden wspólny występ, ale oni pozostawali nieugięci. Nadzieja jednak, jak powiadają, umiera ostatnia. Dlatego gdy we wrześniu 1976 roku wytwórnia Capitol Records wydała dość tajemniczy album o brzmieniu przypominającym hity kwartetu z Liverpoolu, ich fani już wiedzieli – The Beatles powróciło. Czytaj dalej „Plotka. Tak się rodzi”

Tolkien śpiewa

„Co, znowu Tolkien?”, zawołacie. „Ile można?”, dopowiecie. I faktycznie – nadszedł styczeń, a na KWP niemal tradycyjnie pojawia się wpis związany z legendarną książką brytyjskiego pisarza. Może to wina długich zimowych wieczorów, a może tego, że ekranizacje „Władcy Pierścieni” i „Hobbita” stały się niemal nieodłącznymi elementami świątecznej i poświątecznej ramówki telewizyjnej, podświadomie inspirującymi do szukania w nich wciąż czegoś nowego. A może po prostu jest tak, że powieść J.R.R. Tolkiena jest jak wino – im ona starsza i im starszy czytelnik, tym lepiej smakuje i uzależnia niczym najdoskonalszy alkohol. Trunek, do którego wraca się chcąc zagłuszyć wszelkie smutki i rozgrzać się, delektując się nim niczym odpoczynkiem pod kocem przy kominku w zasypanej śniegiem karczmie gdzieś w górach. W każdym razie – tak, znowu Tolkien. Tym razem jednak śpiewająco. Czytaj dalej „Tolkien śpiewa”

Tajemnica znikającego znaczka popularnej marki samochodów

Jako, że nie jest to wpis sponsorowany, informacja o jaką markę chodzi znajdzie się dopiero w drugim akapicie. W niniejszym napomknę tylko, że chociaż sytuacja, o której za chwilę przeczytacie, miała miejsce w 1986 roku, jeszcze 14 lat później dochodziło do aktów niczym nieskrępowanego i na pierwszy rzut oka niezrozumiałego wandalizmu. Ci, którzy słuchali, wiedzieli jednak o co chodzi. Czytaj dalej „Tajemnica znikającego znaczka popularnej marki samochodów”

Nie masz pomysłu na nazwę? Czytaj. Po prostu

Jak wiele znaczy dobra nazwa czy tytuł wie każdy producent czy wydawca. Chwytliwe, łatwo dające się sprzedać wyrazy (czasem tylko frazy) to jednak domena nie tylko masowo wytwarzanych w XXI wieku filmów, książek, leków na ból głowy czy formuł proszków do prania. Od zarania dziejów (OK, nie cofajmy się tak daleko) to co widniało na okładce czy opakowaniu było motorem napędzającym konsumpcję o największej liczbie koni mechanicznych. Chwytliwe miano często okazywało się też być wyznacznikiem, czy dany zespół ma szansę na powiększenie grona groupies i przetrwanie próby czasu. A że czasem pomysłów starczało jedynie na napisanie piosenek, to nazw muzycy zaczęli szukać nie w głowie, a znacznie częściej na papierze. Czytaj dalej „Nie masz pomysłu na nazwę? Czytaj. Po prostu”

Skoro jesteśmy przy Grotowskim to… znacie Czajkowskiego?

I nie chodzi mi wcale o Piotra.

Miniony tydzień wielu osobom upłynął pod znakiem intensywnego przetrząsania zasobów Wikipedii w poszukiwaniu informacji o Jerzym Grotowskim, którego postaci nie potrafiła skojarzyć znana z eksponowania mokrego biustu w „Show” i „Nienasyceniu” aktorka, obecnie prowadząca wywiady z zagranicznymi gwiazdami dla telewizji TVN. Korzystając z zamieszania wywołanego panującą w narodzie zdumiewającą anonimowością reformatora polskiego teatru, warto też przypomnieć nazwisko innego wybitnego Polaka, którego nad Wisłą najczęściej myli się z rosyjskim kompozytorem, natomiast na Zachodzie nie dość że wciąż jest popularny, to nawet po śmierci potrafi budzić olbrzymie kontrowersje. Czytaj dalej „Skoro jesteśmy przy Grotowskim to… znacie Czajkowskiego?”

Potrzeba matką piractwa, czyli muzyka z rentgenu

Żyjemy w czasach, kiedy nielegalny dostęp do kultury jest praktycznie nieograniczony. Osioł, chomik i inne zwierzęta, torrenty, streaming wideo, dla bardziej kumatych usenet i IRC – jest tyle okazji, by książkę, film czy muzykę dostać „za darmo”, że każdemu z nas w pewnym okresie życia paliła się na głowie czapka. Niektórym zaś jeszcze nawet nie zgasła. Kiedyś, żeby zostać piratem, trzeba było mieć jedną nogę, okręt i przepaskę na oku. A jeśli ktoś chciał posłuchać muzyki z przemytu wystarczyło zdjęcie rentgenowskie. Tak, dobrze czytacie. Czytaj dalej „Potrzeba matką piractwa, czyli muzyka z rentgenu”

Słyszycie? Tak umiera Wasze dzieciństwo

Kiedy jakiś czas temu wrzucałem tu wpis o prawdziwym znaczeniu „Sweet Child O’ Mine” zespołu Guns N’Roses (jest zaiste mroczne – nie wierzycie, przeczytajcie) nie sądziłem, że wzbudzi tak wiele emocji i spotka się z tak dużym zainteresowaniem. Idąc za ciosem, ostatnie kilka godzin spędziłem na szukaniu podobnych smaczków w innych piosenkach, których wcale byśmy nie podejrzewali o posiadanie drugiego dna. Mówiąc inaczej, prezentowane poniżej pięć znanych i w zasadzie radosnych utworów, tak naprawdę ma zupełnie inne znaczenie, niż przyjęło się sądzić. Siądźcie więc i posłuchajcie. Tym razem uważnie. Czytaj dalej „Słyszycie? Tak umiera Wasze dzieciństwo”

''Sweet Child O' Mine'' wcale nie jest o tym, o czym myślisz

Każda chociaż w minimalny sposób zainteresowana muzyką osoba wie, że jeden z największych, jeśli nie największy hit zespołu Guns N’Roses, zawierający jeden z najsłynniejszych riffów gitarowych w historii, powstał niemal zupełnie przypadkowo – w ramach rozgrzewki i swoistych wygłupów legendarnego już Slasha. Nie każdy jednak wie, że piosence „Sweet Child O’ Mine” miał towarzyszyć jeden z najbardziej depresyjnych i wstrząsających teledysków, jakie widział świat. Tak szokujących, że na jego nakręcenie nie zgodziła się wytwórnia, wietrząc sporych rozmiarów skandal. Co do cholery miało się w nim znaleźć i o czym naprawdę jest ten utwór? Czytaj dalej „''Sweet Child O' Mine'' wcale nie jest o tym, o czym myślisz”

To był największy przekręt w historii muzyki. Nie przesadzam

Gdy 18 października 1969 roku magazyn Rolling Stone opublikował entuzjastyczną recenzję pierwszego albumu nowo uformowanego zespołu, w skład którego wchodzili chcący zachować anonimowość Bob Dylan, Mick Jagger, John Lennon i Paul McCartney, słuchacze wpadli w euforię. Niemal natychmiast rozpoczął się szturm na sklepy fonograficzne, w których już w chwili ukazania się pamiętnego numeru płyt nie było. Powód tak wielkiego niedbalstwa sprzedawców, przekładającego się na słabe zaopatrzenie był prosty – ani winyle, ani nawet wspomniany zespół nie istniały. Czytaj dalej „To był największy przekręt w historii muzyki. Nie przesadzam”

Muzyka na dupie odnaleziona, czyli 500-letni chorał z piekła rodem

Jak donosi internetowy serwis brytyjskiego Guardiana, pewna blogerka wybrała się z przyjaciółką do muzeum Prado w Madrycie, gdzie przystanęła na dłuższą chwilę przy „Ogrodzie ziemskich rozkoszyHieronima Boscha. News z dupy, powiecie, i tym razem określenie to będzie jak najbardziej trafne. Pani Amelia dostrzegła bowiem na słynnym tryptyku nagą postać, której niezbyt obfite jak na połowę poprzedniego tysiąclecia pośladki pokryte są zapisem nutowym pewnej kompozycji. I postanowiła ją zagrać. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Czytaj dalej „Muzyka na dupie odnaleziona, czyli 500-letni chorał z piekła rodem”