5 rzeczy, których nie zauważyliście, oglądając „Sherlocka”

Do tego serialu podchodziłem jak pies do jeża, gardząc wszelkimi klasycznymi dziełami przeniesionymi w czasy współczesne. Jednak już pierwszy odcinek „Sherlocka” wytrącił mi z ręki wszelkie argumenty przeciw, a po obejrzeniu trzeciego już wiedziałem, że mam do czynienia z najlepszą brytyjską produkcją ostatnich lat. To niesamowite, jak bardzo mylne może być pierwsze wrażenie i z jaką gracją serial osadzony w XXI wieku może nawiązywać do XIX-wiecznego pierwowzoru. Nie wierzycie?

Nikogo nie może dziwić, że mocno odchodzące od literackiego oryginału odcinki zawierają elementy bezpośrednio się do niego odnoszące – te są wprowadzone dość czytelnie, tak aby przeciętny widz mniej więcej wiedział, którą przygodę przeżywa duet głównych bohaterów. Przeciętny widz, który nie miał do czynienia z prozą Doyle’a (ten, który miał, też może tego nie zauważyć) nie zdaje sobie jednak sprawy, że „Sherlock” puszcza do niego oko w momentach, kiedy ten się tego najmniej spodziewa.

Poniżej zebrałem pięć takich przykładów, na które naprowadził mnie zdecydowanie bogatszy artykuł w moim ulubionym zagranicznym serwisie, który koniecznie powinniście subskrybować.

Kawa czy herbata?

W pierwszym odcinku pierwszej serii („Studium w różu”), tuż po powrocie Watsona z Afganistanu, zostaje on rozpoznany w parku przez starego przyjaciela, Mike’a Stamforda. Podobna sytuacja ma miejsce w opowiadaniu, na podstawie którego ów odcinek powstał („Studium w szkarłacie”), z tą jednak różnicą, że John spotyka Stamforda w barze Criterion.

Tego samego dnia, kiedy powziąłem to postanowienie, stałem sobie w barze „Criterion”, gdy nagle ktoś klepnął mnie po ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem młodego Stamforda, mego asystenta w szpitalu św. Bartłomieja w Londynie.

Jeśli dobrze się przyjrzycie, to dostrzeżecie, iż w adaptacji BBC bohaterowie piją na świeżym powietrzu kawę z kubków podpisaną nazwą kawiarni, gdzie dokonali zakupu. Tak, oczy Was nie mylą, to Criterion właśnie, a nie pierwsza lepsza hipsterska mekka fanboyów marki Apple.

Cóż, w XIX wieku Starbucksa nie było.
Cóż, w XIX wieku Starbucksa nie było.

Krwawe powitanie

Na początku odcinka adaptowanego z „Psa Baskreville’ów” Sherlock pojawia się w swoim mieszkaniu ubrany w zbryzganą krwią koszulę, trzymając w ręku okrwawiony harpun. Widząc Watsona z kamienną (i również ochlapaną posoką) twarzą po prostu wypala „To było męczące”.

Inne tłumaczenie: nudne/monotonne.
Inne tłumaczenie: nudne/monotonne.

W odcinku nigdy nie dowiadujemy się, co detektyw robił, że w następstwie nie chciała go wziąć żadna taksówka i musiał jechać metrem, ale narzędzie pracy wielorybnika wyraźnie wskazuje, że zajmował się tym samym, czym jego książkowy odpowiednik w „Harpunie Czarnego Piotra”. Nie, nie mordowaniem.

Blog roku

John Watson w wolnych chwilach zajmuje się tworzeniem bloga, gdzie zamieszcza notki opisujące przygody jego i Sherlocka. Osoby, które nie są zaznajomione z opowiadaniami Doyle’a w oryginale mogły jednak nie zauważyć, że tytułu wpisów Watsona bardzo wyraźnie nawiązują do tytułów wymyślonych przez Sir Arthura.

I tak na przykład literacki „The Greek Interpreter” w serialu figuruje jako „The Geek Interpreter”. „The Naval Treaty” zmieniono na „The Naval Treatment”, a „The Speckled Band” na „The Speckled Blonde”. Scenarzysta i twórca serialu pragnie nam chyba pokazać, że były żołnierz, a obecnie doktor, przyjaciel i biograf detektywa, w rzeczywistości jest alter ego słynnego pisarza.

Też nie wiem, co to znaczy.
Też nie wiem, co to.

Drug queen

Twórcy serialu starają się nie pokazywać Holmesa jako osobę, która częściej niż rzadziej lubi sięgnąć po narkotyki (dla sprawy lub nie), ale od czasu do czasu dadzą nam jakąś wskazówkę, że coś jest na rzeczy. Tak było np. w odcinku na podstawie „Psa Baskerville’ów”, gdzie na propozycję przyniesienia herbaty, detektyw reaguje krzycząc „Potrzebuję czegoś mocniejszego niż kawa”, półgłosem dodając „Mocniejszego o siedem procent”.

To może kawy z Criteriona?
To może kawy z Criteriona?

W opowiadaniach i powieściach Doyle wielokrotnie opisywał miłość, jaką Sherlock darzył kokainę (dokładnie rzecz biorąc, jej siedmioprocentowy roztwór). Poniżej cytat z pierwszego rozdziału „Znaku czterech” w przekładzie Krystyny Jurasz-Dąmbskiej.

Znałem jego zdolności i władczą pewność siebie i tyle już razy przekonałem się o jego niezwykłych przymiotach, że nie śmiałem mu się przeciwstawić. Tym razem jednak — nie wiem, czy pod wpływem francuskiego wina, które piłem przy lunchu, czy może zdenerwowany wyraźną ostentacją jego postępowania, poczułem nagle, że nie zdołam już milczeć dłużej.
— I cóż to było dzisiaj? — zapytałem. — Morfina czy kokaina?
Powoli podniósł wzrok znad otwartego właśnie starego tomiska.
— To? Kokaina, roztwór siedmioprocentowy — odparł. — Może chciałbyś spróbować, doktorze?
— O nie — rzuciłem szorstko. — Nie doszedłem jeszcze do siebie po wojnie w Afganistanie. Nie mogę sobie pozwolić na żadne dodatkowe wysiłki.

Wielkie G.

To, że Sherlock nie potrafi zapamiętać imienia Lestrade’a też jest ukłonem w stronę książek. O tyle nietypowym, że postać, którą oglądamy na ekranie, została stworzona na podstawie dwóch bohaterów książkowych – inspektora Gregsona i inspektora Lestrade’a.

Trudno się dziwić, że jest wkurzony.
Trudno się dziwić, że jest wkurzony.

Serialowe imię Lestrade’a (Gregory) jest dla Holmesa trudne do spamiętania, gdyż w literackim pierwowzorze Doyle’a posługiwał się jedynie pierwszym inicjałem – literą „G”. Także każde przejęzyczenie postaci granej przez Cumberbatcha, jest jednocześnie próbą odgadnięcia, jak naprawdę Sir Arthur nazwał jednego ze swoich bohaterów. Bezskuteczną.