„Władca Pierścieni” ma 13-stronicowy sequel. Autorstwa samego Tolkiena

Stało się – ostatnia część „Hobbita”, która według niemal wszystkich (patrzę na Ciebie, Peterze Jacksonie) powinna być jednym filmem – pojawiła się w kinach, zarobiła krocie i… poniekąd sfrustrowała włodarzy wytwórni New Line Cinema, MGM i Warner Bros, nie mających już z czego zrobić kolejnego filmu. Ale czy aby na pewno? Pomijając „Silmarillion”, prawa do adaptacji którego rodzina Tolkiena nie ma zamiaru oddawać, autor zarówno wesołej powiastki dla dzieci o zabijaniu smoka jak i monumentalnego „Władcy Pierścieni”, w swoim dorobku ma jeszcze… kontynuację tego ostatniego, nad którą pracę rozpoczął w chwilę po wydaniu trzeciego tomu. Zaczął, ale nigdy nie skończył. Dlaczego?

Sprawa „Nowego cienia”, bo tak miało się nazywać gotowe dzieło, nie jest nowa i wiele osób zainteresowanych literaturą Śródziemia z pewnością o niej słyszało. Nie mam jednak wątpliwości, że zdecydowana większość czytelników nie miała o wcielonych w życie planach napisania kontynuacji „Władcy Pierścieni” pojęcia – trzeba mieć naprawdę sporo samozaparcia (jeśli nie szczęścia), aby wyłapać o nich wzmiankę w wydanych 34 lata temu „Listach J.R.R. Tolkiena”.

800px-One_Ring_inscription.svg

Tak pisał o „Nowym cieniu” sam autor w 256 liście, datowanym na 13 maja 1964 roku:

Zacząłem pisać opowieść, która dzieje się jakieś sto lat po Upadku [Saurona], okazała się ona jednak złowrogą i przygnębiającą. Ponieważ mamy tam do czynienia z Ludźmi, nieuchronnie dotykamy najżałośniejszej z cech ich natury: szybkiego znudzenia się dobrem. Lud Gondoru w latach pokoju, sprawiedliwości i dobrobytu jest niezadowolony i niespokojny – tymczasem monarchowie i następcy Aragorna stają się już tylko władcami i zarządcami – jak Denethor lub nawet gorzej. Odkryłem, że już tak wcześnie rozsiewa się w Gondorze rewolucyjny spisek, w którego centrum znajduje się coś w rodzaju religii satanistycznej; tymczasem gondoryjscy chłopcy zabawiają się w Orków i pozostawiają za sobą zniszczenie. Mógłbym napisać „thriller”, dreszczowiec o spisku, o jego odkryciu i obaleniu – byłby to jednak tylko dreszczowiec. Nie wart fatygi.

Wczesną pracę nad „Nowym cieniem” Tolkien rozpoczął prawdopodobnie już w latach 50. (dla przypomnienia, „Powrót Króla” został wydany po raz pierwszy 20 października 1955 roku) i myślał o jej kontynuowaniu jeszcze w 1968 roku. Powstały łącznie trzy wersje początku sequela „Władcy Pierścieni” – rękopis (nazywany przez Christophera Tolkiena rękopisem A), maszynopis B (będący jego drobnym uzupełnieniem, poprawiającym też błędy stylistyczne, ale kończący się w tym samym miejscu co rękopis A), a także napisany już w latach 60. maszynopis C, który wprowadzał dalsze poprawki, dopracowując tekst w najmniejszych szczegółach, jednak przerywając akcję w tym samym miejscu.

Fajkowe ziele było ważniejsze.

Fajkowe ziele było ważniejsze.

Autor biografii J.R.R. Tolkiena Humphrey Carpenter pisał w „Wizjonerze i marzycielu”, że John Ronald Reuel odnalazł maszynopis B „Nowego cienia” w 1965 roku i postanowił go jednak dokończyć. To właśnie wtedy zabrał się za wprowadzenie kolejnych poprawek – praca spędzała mu sen z powiek, gdyż „czytał go wielokrotnie, ciągle nad nim rozmyslał i nie kładł się do czwartej nad ranem”. Ostatecznie jednak zarzucił ten projekt, czego dowiadujemy się z listu do jego przyjaciela Douglasa Cartera z 1972 roku.

Nie napisałem niczego, co sięgałoby poza pierwsze lata Czwartej Ery (wyjątkiem jest początek opowieści, która ma traktować o końcu rządów Eldariona, jakieś sto lat po śmierci Aragorna. Oczywiście okazuje się, że czasom Królewskiego Pokoju brak opowieści wartych wzmianki; wojny króla nie były niczym interesującym po obaleniu Saurona; jednak prawie na pewno pojawił się wśród ludzi pewien niepokój, którego źródłem było znudzenie się Ludzi dobrem: powstały sekretne stowarzyszenia praktykujące ciemne kulty i ‘orkowe kulty’ wśród młodzieży).

„Nowy cień” liczy łącznie 13 stron – jest to efekt połączenia przez Christophera Tolkiena maszynopisów B i C. Jedną z głównych różnic między nimi było imię głównego bohatera. W tekście B nosił on imię Arthael, zaś w C – Saelon. I właśnie to ostatnie imię używane jest w opublikowanym w ostatnim z 12 tomów „Historii Śródziemia” (zatytułowanym „The Peoples of Middle-earth”) ciągu dalszym „Władcy Pierścieni”.

Tak Saelona wyobrażają sobie Niemcy z serwisu Ardapedia.

Tak Saelona wyobrażają sobie Niemcy z serwisu Ardapedia.

Złośliwi twierdzą, że patrząc na to, co z „Hobbitem” zrobił Jackson, z tych 13 stron „Nowego cienia” zaradny reżyser byłby w stanie przygotować przynajmniej siedem nowych filmów (z czego ostatni dwuczęściowy), ale do czasu, gdy nastawienie potomków Tolkiena do kolejnych ekranizacji nie ulegnie zmianie, widzowie mogą czuć się bezpieczni. Ciekawym prezentuję pełną treść nieukończonej kontynuacji „Władcy Pierścieni” w tłumaczeniu Ryszarda Derdzińskiego. Jego autorstwa są też przypisy, które znajdziecie pod tekstem.

NOWY CIEŃ

Za dni Eldariona, syna owego Elessara, o którym inne historie powiedzieć mogą wiele, poczyna się nasza opowieść. Sto i jeszcze pięć lat minęło od upadku Czarnej Wieży, a już większość mieszkańców Gondoru niewiele sobie poważała historię tamtych wydarzeń, choć żyło jeszcze kilku spośród tych, co pamiętali Wojnę o Pierścień niczym cień, który padł na ich wczesne dzieciństwo. Jednym z nich był stary Borlas z Pen-arduin. Był to młodszy syn Beregonda, pierwszego Dowódcy Straży Księcia Faramira, który przeniósł się za swym panem z Miasta do Emyn Arnen[1].

– Korzenie Zła sięgnęły zaprawdę głęboko – rzekł Borlas – a czarne soki są w nich wciąż bardzo silne. Tego drzewa nikt nigdy nie zdoła uśmiercić. Niech ludzie rąbią w nie tak często, jak tylko można, bo gdy tylko się człowiek obraca, drzewo wypuszcza nowe pędy. Nawet w Święto Zrębu nie powinno się wieszać topora na ścianie!

– Zapewne poczytujesz sobie twe słowa, panie, za bardzo mądre – powiedział Saelon – To łatwo zgadnąć po smutku w twym głosie i po tym, jakżeś skłonił swą głowę. Ale o czymże tu mowa? Panie, życie twoje biegnie, jak się zdaje całkiem miło jak na człowieka w sile wieku, co z domu się w podróże nie wybiera. Gdzieżeś panie znalazł pęd tego ciemnego drzewa? Czyżby w swoim własnym ogródku.

Borlas podniósł głowę, a spojrzawszy z uwagą na Saelona, zadumał się nad tym, czy też czoło tego zazwyczaj wesołego młodego żartownisia nie ukrywa więcej niż można wyczytać z jego twarzy. Borlas nie miał zamiaru otwierać przed nim swego serca, ale rozpalony myślami odezwał się głośno, bardziej do siebie niż do towarzysza. Saelon nie odwzajemnił spojrzenia. Nucił po cichu wycinając kozikiem gwizdek z zielonej wierzbiny.

Obydwaj siedzieli w zaciszu drzewnej altany ponad stromym wschodnim brzegiem Anduiny, w miejscu gdzie rzeka przepływa u stóp wzgórz Arnen. Znajdowali się w ogrodzie Borlasa, a jego mały domek z szarych kamieni widać było poprzez gałęzie drzew ponad nimi, na zachodnim zboczu wzgórza. Borlas spojrzał na rzekę, na drzewa pokryte czerwcowymi liśćmi, a potem w dal ku wieżom Miasta w płomieniach późnego popołudnia.

– Nie w moim ogródku – odpowiedział w zamyśleniu.

– Czemuś zatem taki stroskany? – spytał Saelon – Jeśli ktoś posiada piękny ogród otoczony mocnym murem, to ma w sam raz tyle, ile potrzeba by się z przyjemnością oddać jego uprawie.

Zamilkł.

– Tak długo, jak tylko utrzymuje w sobie siły życia – dodał – Gdy te zawodzą, po cóż kłopotać się innymi bolączkami? Bo wkrótce trzeba będzie opuścić swój ogród na zawsze, i inni będą musieli go doglądać.

Borlas westchnął, ale nie odpowiedział, a Saelon kontynuował:

– Są jednak i tacy, których to nie zadowoli, i do końca swego życia niepokoją oni swe serca sprawami sąsiadów, Miasta, i Królestwa, i całego szerokiego świata. Ty do nich należysz, Panie Borlasie, i zawsześ taki był odkąd żem cię spotkał po raz pierwszy jako chłopiec złapany na szkodzie w twoim sadzie. Nie dość ci było wtedy, panie, tylko się na mnie pogniewać – tyś mnie nie zbił dla nauczki, i nie podwyższyłeś płotu. O nie. Ty, panie, mocno strapiony koniecznie chciałeś, abym się poprawił. Wziąłeś mnie do swego domu i długoś do mnie przemawiał.

Pamiętam dobrze: – To sprawki orków – powtarzałeś wiele razy – Kraść smaczne owoce – w porządku. Myślę że to nie gorsze niż sprawki chłopców, którzy są głodni albo też, gdy ich ojcowie nie przykładają się do wychowania synów. Ale strącać niedojrzałe jabłka tylko po to by je porozbijać albo by nimi rzucać! To sprawki orków. Jak mogłeś wpaść na taki pomysł, chłopcze?

Sprawki orków! Bardzoś mnie tym zezłościł, panie Borlasie, a byłem zbyt dumny aby ci odpowiedzieć, choć w sercu miałem dziecinną odpowiedź: – Jeśli to źle, gdy chłopiec kradnie jabłko bo jest głodny, to źle również gdy kradnie jabłka dla zabawy. Ale nie jest to gorszy uczynek. Proszę nie mówić mi o sprawkach orków, albo pokażę panu jak one naprawdę wyglądają!

Myliłeś się, panie Borlasie, bom już dawniej słyszał opowieści o orkach i o ich dziełach, alem wcześniej nie był nimi zainteresowany – aż do tamtego dnia. Tyś zwrócił ku nim moje myśli. Wyrosłem nie czyniąc już żadnych kradzieży (mój ojciec nie należał do najłagodniejszych), ale nie zapomniałem o orkach. Czułem wielką nienawiść, która mnie wypełniała i myślałem o tym, jak słodką może być zemsta. Bawiliśmy się w orków, ja i moi przyjaciele, i czasem zastanawiałem się: Czy nie zebrać mojej bandy, pójść do niego i ściąć mu wszystkie drzewa? Pomyślałby, że rzeczywiście wrócili orkowie. To było jednak dawno, dawno temu… – Saelon zakończył z uśmiechem.

Słowa te zaskoczyły Borlasa. Oto ktoś mu się zwierzył, gdy tymczasem on tego nie odwzajemniał. Było coś niepokojącego w tonie młodego człowieka – coś co kazało się zastanowić Borlasowi czy też nie jest tak, że wspomnienie dzieciństwa nie tkwi tu wciąż głęboko, głęboko niczym korzenie czarnego drzewa. Tak, nawet w sercu Saelona, który był przyjacielem jego własnego syna, w sercu młodzieńca, który ostatnimi laty okazał Borlasowi tyle przyjaźni w jego samotności[2]. W każdym razie postanowił nie mówić już nic więcej o swych przemyśleniach.

– Niestety – rzekł – wszyscy popełniamy błędy. Nie twierdzę, żem posiadł mądrość, młody człowieku, z wyjątkiem może tej niewielkiej, którą nabywa się wraz z upływem lat. A to doświadczenie podpowiada mi, że czasem, ci którzy mają dobre zamiary wyrządzają więcej krzywd niż ci, co pozwalają rzeczom biec ich własną drogą. Przepraszam cię za to, com rzekł, jeśli obudziło to nienawiść w twym sercu. Ja jednak wciąż myślę, że to przedwcześnie może wypowiedziana, ale jednak prawda. Z pewnością nawet chłopiec musi zrozumieć, że owoc jest owocem i nie osiąga on pełni swego istnienia, dopóki nie dojrzeje. A zatem zmarnowanie niedojrzałego owocu jest gorsze nawet niż okradzenie człowieka, który go doglądał – w ten sposób okrada się świat, powstrzymuje się dobrą rzecz przed jej wypełnieniem. Postąpić tak, to jak dołączyć do tego wszystkiego co jest złe, do wszystkich pasożytów i chorób dręczących drzewo i do nieprzyjaznych wiatrów. A to jest postępowanie orków.

– I postępowanie ludzi – stwierdził Saelon – Nie! Nie mam na myśli tylko dzikich ludów, albo tych co żyją „w Cieniu”, jak się czasem mówi. Myślę o wszystkich Ludziach. Dziś nie zmarnowałbym zielonego owocu. Ale tylko dlatego, że nie miałbym teraz z niedojrzałych jabłek żadnego pożytku, nie dla twoich wyniosłych racji, panie Borlasie. W rzeczywistości twoje racje są dla mnie tak nieświeże, jak jabłka, które przetrzymywano nazbyt długo. Dla drzew wszyscy ludzie są orkami. Czy ludzie zastanawiają się nad dopełnieniem historii drzewa, gdy zabierają się do jego ścięcia? Z jakiegokolwiek powodu – czy pod uprawę ziemi, czy po to by użyć jego ciała jako drewna do budowy lub pod opał, albo po prostu aby mieć lepszy widok? Gdyby drzewa mogły osądzać, czy postawiłyby ludzi ponad orkami, a także ponad wszystkimi dręczącymi je pasożytami i chorobami? Mogłyby zapytać, czy też człowiek ma większe prawo do karmienia się ich sokami od wszystkich pasożytów?

– Człowiek – rzekł Borlas – który dogląda drzewo i czuwa by nie dręczyły go pasożyty i wielu innych wrogów nie działa jak ork lub szkodnik. Jeśli spożywa jego owoc, nie robi tego aby drzewo zranić. Drzewo wydaje owoce ponad swe potrzeby – aby przetrwał jego gatunek.

– Pozwólmy mu zatem zjeść owoc lub użyć go dla zabawy – powiedział Saelon. Jam jednak mówił o zabijaniu: ścinaniu i spalaniu; jakim prawem ludzie czynią takie rzeczy drzewom?

– Nie. Tyś nie o tym mówił. Mówiłeś o osądzie drzewa w tej materii. Ale drzewa nie są sędziami. To dzieci Eru są władcami. Mój osąd, będący jednym z wielu ludzkich osądów, już poznałeś. Zła tego świata nie było zrazu w wielkim Temacie, pojawiło się ono wraz z dysharmonią Melkora. Ludzie nie nadeszli z tym brakiem harmonii. Wkroczyli oni w dzieje później, jako nowina pochodząca wprost od Eru, Jedynego, i dlatego nazywają się Jego dziećmi, a do używania wszystkiego co było obecne w Temacie mają oni, dla ich własnego dobra, prawo – rzecz jasna bez pychy i złej woli, ale z szacunkiem.

Jeśli najmłodsze dziecię leśnika odczuwa chłód zimy, to nie skrzywdzi się nawet najdumniejszego z drzew, jeśli każemy mu poddać swe ciało aby móc ogrzać dziecko ogniem. Ale dziecku nie wolno niszczyć drzewa dla zabawy czy w złości, kaleczyć jego kory albo łamać gałęzi. A dobry gospodarz użyje wpierw, o ile może, leżącego już drewna, albo martwego drzewa; nie zetnie młodego drzewa i nie pozostawi go by zbutwiało dla własnej przyjemności i dla zabawy toporem. To orkowa zabawa.

Jest wciąż tak jak już powiedziałem: korzenie Zła sięgają głęboko, a trucizna, która w nas krąży pochodzi z daleka, tak że wielu postępuje dziś w ten sposób – czasami, a wtedy stają się naprawdę jak sługi Melkora. Ale orkowie postępowali tak zawsze. Z lubością zadawali cierpienie tym stworzeniom, które mogą odczuwać ból, a powstrzymywała ich jedynie ograniczona władza, nie zaś roztropność czy miłosierdzie. Ale o tym powiedzieliśmy już wystarczająco wiele.

– Zaraz! – rzekł Saelon – Zaczęliśmy zaledwie. Nie o twoim ogrodzie, ni o twych jabłkach, również nie o mnieś myślał, gdyś mówił panie o odradzaniu się ciemnego drzewa. O czym myślałeś, panie Borlasie? Nie mogę odgadnąć. Posiadam oczy i uszy, jak również inne zmysły, panie – jego głos osłabł i ledwie słychać go było wśród szeptów nagłego chłodnego powiewu wśród liści, gdy tylko słońce zaszło za Mindolluiną.

– Czyś słyszał już panie to imię? – prawie bezgłośnie wyartykułował – imię Herumor[3]?

Borlas spojrzał na niego z zaskoczeniem i przestrachem na twarzy. Otwarł drżące usta jakby chciał coś powiedzieć, jednak nie wydobyło się z nich żadne słowo.

– Widzę, żeś słyszał – rzekł Saelon – I zdaje się, żeś zmieszany tym, że ja także o nim wiem. Ale nie jesteś bardziej zaskoczony ode mnie, gdym odkrył, że imię to dotarło i do ciebie, panie. Bo, jakem rzekł, oczy i uszy mam bystre, a twoje są już stępione nawet dla codziennych potrzeb. Sprawy te zaś trzymano w tajemnicy tak skutecznie, jak na to pozwalał spryt.

– Czyj spryt? – gwałtownie i nagle spytał Borlas. Być może wzrok miał przytłumiony, ale teraz oczy jaśniały mu w gniewie.

– Ależ, mowa o tych co posłyszeli wezwanie tego imienia, rzecz jasna – spokojnie odpowiedział Saelon – Nie są jeszcze tak liczni, aby wystąpić przeciw ludowi Gondoru, ale ich liczba wzrasta. Nie wszyscy są zadowoleni od czasu śmierci Wielkiego Króla, i mniej jest teraz przestraszonych.

– Tom już odgadł – powiedział Borlas – i ta myśl zmraża ciepło lata w mym sercu. Bo można mieć ogród o mocnych murach, Saelonie, a nie znajdywać wśród nich pokoju i zadowolenia. Są wrogowie, których nie powstrzymają mury; w końcu ten ogród jest tylko częścią strzeżonego państwa. To w murach państwa upatruje się ochrony. Ale o jakim wezwaniu mowa? Cóż zamierzają oni uczynić? – wykrzyknął kładąc dłoń na kolanie młodzieńca.

– Zanim odpowiem, chcę zadać ci, panie, jedno pytanie – powiedział Saelon spoglądając na starca z oczekiwaniem w oczach – W jakiż że sposób ty, który siedzisz tu w Emyn Arnen i rzadko bywasz dziś nawet w Mieście, usłyszałeś, panie szept tego imienia?

Borlas spuścił oczy ku ziemi i objął rękoma swoje kolana. Dłuższy czas nie odpowiadał. W końcu podniósł znowu głowę, jego twarz stężała a patrzył teraz na Saelona z wielką uwagą: – Nie odpowiem na twoje pytanie, Saelonie – rzekł – Nie, dopóki nie zadam ci innego pytania. Powiedz mi wpierw – mówił powoli – czy jesteś jednym z tych, którzy posłuchali wezwania?

Na ustach młodzieńca pojawił przez chwilę się dziwny uśmiech.

– Atak jest najlepszą obroną – odpowiedział – tak radzą nasi Dowódcy; ale gdy obydwie strony postąpią zgodnie z tą radą, słychać już tylko zgiełk bitwy. Odwzajemnię ci się. Nie odpowiem na twe pytanie, panie Borlasie, dopóki ty nie odpowiesz na moje: czyś jest jednym z tych, co go posłuchali, czy też nie?

– Jakże możesz tak myśleć? – krzyknął Borlas.

– I jak ty możesz tak myśleć? – zapytał Saelon.

– Jeśli o mnie chodzi – powiedział Borlas – to czy moje słowa nie mówią same za siebie?

– A czy moja mowa – rzekł Saelon – pozostawia jakieś wątpliwości? Dlatego, że broniłem małego chłopca, który rzucał niedojrzałymi jabłkami wraz z kolegami, przed nazywaniem go orkiem? Albo dlatego, że mówiłem o drzewach cierpiących z rąk człowieka? Panie Borlasie, niemądrze jest osądzać czyjeś serce na podstawie słów wypowiedzianych w sprzeczce, niezgodnych z twoimi opiniami. Może ich powodem była chęć zaniepokojenia ciebie. Może to zbyt śmiałe, ale na pewno lepsze niż puste echo[4]. Nie wątpię, że wielu z tych o których tu mówimy, użyłoby słów równie podniosłych jak twoje, i mówiłoby w twej obecności o Wielkim Temacie i podobnych rzeczach. No dobrze, kto odpowie pierwszy?

– Mógłby to być młodszy z grzeczności dla starszeństwa – powiedział Borlas – a wśród ludzi sobie równych, ten którego wpierw zapytano. Ty jesteś zarówno pierwszym jak i drugim.

Saelon uśmiechnął się: – Bardzo dobrze – powiedział – Zobaczmy: pierwsze pytanie, na któreś nie otrzymał odpowiedzi brzmiało: o jakim wezwaniu mowa? cóż oni zamierzają uczynić? Czy twój wiek i wiedza nie znajdują odpowiedzi pośród przeszłych zdarzeń? Ja jestem młodszy i brak mi wiedzy. Jednak, jeśli rzeczywiście chcesz wiedzieć, sprawię że szepty te staną się dla ciebie bardziej zrozumiałe.

Powstał. Słońce zaszło już za górami; pogłębiały się cienie. Zachodnia ściana domku Borlasa na zboczu wzgórza pożółkła w blasku zmierzchu, ale rzeka w dole była ciemna. Spojrzał w górę w niebo, a potem znów w dół ku Anduinie. – Wieczór jest wciąż jasny – powiedział – ale wiatr wieje ku wschodowi. Chmury zakryją księżyc dzisiejszej nocy.

– Dobrze, ale co z tego? – powiedział Borlas drżąc z lekka na chłodnym wietrze.

– Jeśli ostrzegasz starca by pospieszył czym prędzej do domu i schronił swe kości przed reumatyzmem…? – Wstał i ruszył dróżką w kierunku swego domu myśląc, że młodzieniec nie powie już nic więcej. Ale Saelon zastąpił mu drogę i położył swą dłoń na jego ramieniu.

– Ostrzegam cię raczej byś ubrał się cieplej po zmroku – powiedział. – To znaczy, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Bo jeśli tak, to pójdziesz ze mną tej nocy na przechadzkę. Spotkamy się przy twojej wschodniej bramie, za domem; przejdę tą ścieżką jak tylko zrobi się ciemno, a ty pójdziesz ze mną lub nie – twoja wola. Będę ubrany w czerń i każdy, kto idzie zemną musi wyglądać tak samo. A teraz do zobaczenia, panie Borlasie! Naradź się ze sobą nim jeszcze jest jasno.

Z tymi słowy Saelon pokłonił się i odwrócił, podążając wzdłuż innej ścieżki, która biegła nad krawędzią stromego nabrzeża na północ ku domostwom ojca[5]. Zniknął za zakrętem, gdy jego ostatnie słowa wciąż odbijały się echem w uszach Borlasa.

Po odejściu Saelona Borlas wciąż stał czas jakiś z przymkniętymi powiekami opierając swe czoło o chłodną korę drzewa stojącego przy ścieżce. Stojąc tak próbował przypomnieć sobie jak też rozpoczęła się ta dziwna i niepokojąca rozmowa. Nie postanowił jeszcze, co zrobi po zapadnięciu nocy.

Nie czuł się dobrze od wiosny, choć całkiem nieźle jak na swe lata, które doskwierały mu mniej niż samotność[6]. Odkąd jego syn, Berelach, znów opuścił dom w kwietniu – pracował na Okrętach i teraz mieszkał głównie w pobliżu Pelargiru, gdzie odbywał swą służbę – Saelon stał się bardziej pilny, ilekroć był w domu. Ostatnio wiele wędrował po kraju. Borlas nie był pewny, co też on robił, choć zrozumiał, że wśród różnych interesów, zajmował się też drewnem. Przynosił swemu staremu przyjacielowi wieści z całego królestwa. Albo jego staremu ojcu; bo Berelach swego czasu był jego stałym kompanem, choć teraz zdawali się spotykać bardzo rzadko.

– Tak, to stało się wtedy… – powiedział pod nosem Borlas – Mówiłem Saelonowi o Pelargirze, wspominając Berelacha. Nad Ethir miały miejsce jakieś małe niepokoje: zaginęło kilku żeglarzy, jak również jedna z łodzi Floty. Nic więcej zgodnie z tym, co mówił Berelach.

Pokój osłabia wszystko – pamiętam jak to powiedział przytaczając słowa podoficera: Tak, wyruszyli w sobie tylko znanym celu, jak przypuszczam – przyjaciele z jednej z zachodnich przystani, zapewne – bez pozwolenia i bez przewodnika, i utonęli. Dobrze im tak. Mamy dziś tak niewielu prawdziwych żeglarzy. Ryby dają więcej profitu. A wszyscy wiedzą, że zachodnie wybrzeże nie jest bezpieczne dla tych, którym brak doświadczenia.

To było wszystko. Powiedziałem o tym Saelonowi i spytałem, czy na południu słyszał coś o tej sprawie. Tak – powiedział – Słyszałem. Niewielu zadowoli oficjalny komunikat. Ci mężczyźni mieli doświadczenie w żeglowaniu; byli synami rybaków. A od dłuższego czasu nie było sztormów.

Gdy Saelon to powiedział, Borlas przypomniał sobie o innych wypadkach, o wypadkach, o których opowiadał Othrondir. To on użył słowa ‘choroba’. I wtedy, w zasadzie tylko do siebie Borlas powiedział na głos o Ciemnym Drzewie.

Otworzył oczy i pogłaskał kształtny pień drzewa, o które się opierał patrząc w górę na jego ciemne liście na tle czystego ciemniejącego nieba. Jedna gwiazda przebłyskiwała przez gałęzie. Łagodnie się odezwał, jakby wprost do drzewa.

– A więc co robić? To niby jasne, że Saelon do nich należy. Ale czy na pewno jest to prawda? W jego słowach było słychać wyszydzenie i pogardę dla uporządkowanego ludzkiego życia. Nie odpowiedział na prosto postawione pytanie. Czarne szaty! I jeszcze – czemu zaprosił mnie na wspólną przechadzkę? Chyba nie po to by nawrócić starego Borlasa! To daremne. Daremnie jest nawet próbować: nikt nie może się łudzić, że wygra z człowiekiem, który pamięta Zło przeszłości, a w każdym razie jest to bardzo trudne. Na nic też, gdyby się to komuś powiodło: stary Borlas jest bezużyteczny jako narzędzie w czyjejś ręce. Może Saelon jest szpiegiem, który chce odkryć co kryje się za szeptami. Może ta czerń ma go zamaskować by mógł skradać się po kryjomu nocą. Ale z drugiej strony, w czym mógłbym mu pomóc podczas sekretnej i niebezpiecznej wyprawy? Powinienem się chyba trzymać od tego z daleka.

Taka to przejmująca zimnem myśl tknęła Borlasowe serce. Zejść z drogi – więc o to chodzi? Miał zostać zwabiony w takie miejsce, gdzie mógłby zniknąć jak owi Żeglarze? Otrzymał zaproszenie do wędrówki z Saelonem dopiero wtedy, gdy przestraszony wydał, że wie o szeptach – że słyszał nawet owo imię. I zadeklarował swą wrogość.

Borlas podjął decyzję i wiedział teraz, że zaraz stanie ubrany w czerń przy bramie w pierwszych godzinach nocy. Wyzwano go i on to wyzwanie przyjmie. Dłonią uderzył w drzewo: – Nie jestem jeszcze staruszkiem, Neldorze – powiedział – ale śmierć nie jest stąd daleko bym stracił wiele dobrych lat, jeśli chybię strzał.

Wyprostował plecy i podniósł głowę, i podążył w górę ścieżką, powoli lecz pewnie. Pojawiła się w jego głowie myśl, gdy przekraczał próg domu: – Może celowo pozwolono mi żyć tak długo do tej chwili: powinien żyć ktoś, kto z trzeźwym umysłem pamięta wciąż, co działo się przed Wielkim Pokojem. Węch ma długą pamięć. Czuję, że wciąż wyczułbym dawne Zło, i wiedziałbym czymże ono jest.

Drzwi przedsionka były otwarte; ale dom za nimi spowijał mrok. Nie słychać było żadnych znajomych odgłosów wieczoru, tylko łagodna cisza, martwa cisza. Wszedł lekko zdziwiony. Zawołał, ale nie było odpowiedzi. Zatrzymał się w wąskim przejściu, które ciągnęło się wzdłuż domu. Zdało mu się, że otulają go ciemności: nie pozostało tu ani trochę drgającego blasku zmierzchu z zewnętrznego świata. Nagle to poczuł, albo tak mu się zdawało, choć zapach wydawał się pochodzić jakby od środka dla zmysłu: czuł on dawne Zło i wiedział czymże ono jest.

Tutaj w rękopisie A oraz maszynopisie B tekst się kończy. Istnieje jeszcze niekompletny (bo nie całkiem czytelny) fragment tekstu C, ale co dalej działo się z Borlasem i Saelonem już nigdy się nie dowiemy.

Mieszkał bowiem z dwoma zaledwie sługami, którzy odeszli już ze służby w książęcej straży, w której i on niegdyś pełnił swoją służbę. Dawno temu jego córka wyszła za mąż i mieszkała teraz w odległych krainach państwa, a dziesięć lat temu zmarła jego żona. Czas łagodził smutek, gdy Berelach był wciąż w pobliżu. Był on jego najmłodszym dzieckiem i jedynym synem, a pracował na królewskich okrętach. Wiele lat stacjonował w Harlondzie, o rzut kamieniem przez rzekę, i wiele czasu spędzał z ojcem. Teraz jednak mijał już trzeci rok, od kiedy otrzymał odpowiedzialne dowództwo i często służył na morzu, a gdy bywał na lądzie, pełnił swe powinności w dalekim Pelargirze. Jego odwiedziny w domu ojca były rzadkie i krótkie. Saelon, który wcześniej przychodził tylko gdy Berelach [?… był jego starym przyjacielem] był z Borlasem, ale stawał się najbardziej usłużny, gdy przybywał do Emyn Arnen. Zawsze aby porozmawiać albo przynieść nowe wieści, albo [przychodził] z pomocą, jeśli mógł…

Przypisy:

[1] Patrz Powrót Króla (rozdział Namiestnik i Król), str. 308.

[2] W tekstach A i B zamiast ‘syna’ mamy ‘synów’ i brak tam słów ‘w jego samotności’. O innych różnicach – patrz ostatnie zdanie wersji C i B (przypis 13).

[3] Imię Herumor znajdujemy w tekście O Pierścieniach Władzy i Trzeciej Erze (Silmarillion, str. 293) jako imię renegata númenórejczyków, który doszedł do władzy wśród Haradrimów w czasach przed wojną Ostatniego Przymierza.

[4] W B (które dokładnie powtarza A) mamy tutaj: Nie, Panie Borlasie, w takiej materii nie można sądzić słów po kształcie, jaki im nadano.

[5] W A mamy tutaj ‘swego ojca, Duilina’. Imię to, podobnie jak Eglamoth, pochodzi z opowieści o Gondolinie: Duilin był przywódcą ludu Jaskółki, który poległ w walce ‘uderzony ognistą maczugą przez Balrogów’ (BoLT 2 178). Było to też pierwotne imię ojca Flindinga, później Gwindora, pochodzącego z Nargothrondu (BoLT 2 79, etc.): Duilin >Fuilin > Guilin.

[6] W tym miejscu tekst C kończy się wraz z końcem strony maszynopisu. Tekst B podaje w tym miejscu: Nie był w najlepszym zdrowiu od wiosny; sędziwy wiek zdobywał nad nim przewagę. Od tego miejsca opowieść kontynuowana jest zgodnie z tekstem B, jak zaznaczono wcześniej, uwzględniając zmianę imienia Arthael na Saelon.

 

Źródła: