10 najlepszych krótkich metraży w klimacie sci-fi (i nie tylko)

Rok 2014 był dla kina science-fiction niezwykle udany. Znakomite dwie kontynuacje („X-Men” i „Planeta Małp”), zabawne i widowiskowe adaptacje („Na skraju jutra” i „Strażnicy galaktyki”), czy budzący dyskusje i dzielący widzów oryginalny „Interstellar” Christophera Nolana, to najważniejsze, ale nie wszystkie produkcje zahaczające o ten gatunek, na które warto było rzucić okiem w minionych 12 miesiącach. Żeby zobaczyć każdy pełnometrażowy film z przeżywającego ponowny rozkwit nurtu potrzeba naprawdę sporej ilości wolnego czasu, liczonego co najmniej w tygodniach. Żeby natomiast zobaczyć 10 najlepszych krótkich metraży, wystarczy Wam KWP i kilkadziesiąt minut niesamowitej frajdy.

Pomysł przygotowania poniższego zestawienia podsunął mi serwis io9, z którego zresztą zaczerpnąłem większość obecnych na nim pozycji. Jak się okazuje, ubiegły rok był udany nie tylko dla magików z Fabryki Snów, ale też dla niezwykle kreatywnych twórców, którzy w przyszłości mogą z powodzeniem szukać w niej zatrudnienia (o ile jeszcze nie znaleźli). Przed Wami 10 naprawdę fenomenalnych szortów, po obejrzeniu których będziecie czuć nie mniejszą satysfakcję, niż po wyjściu z IMAX-a. Przesadzam? Oceńcie sami.

Ambicja („Ambition”)

Imponujący hołd dla misji Rosetta, która po 10 latach trwania zakończyła się bezprecedensowym sukcesem – pierwszym w historii umieszczeniem lądownika (Philae) na powierzchni komety (67P/Czurimow-Gierasimienko). W filmie, za realizację którego odpowiadał Tomek Bagiński możemy oglądać kogoś na kształt maga, potrafiącego tworzyć układy planetarne (w tej roli znany z „The Wire” i „Gry o tron” Aiden Gillen) oraz jego uczennicę. Bohaterowie trafnie przyrównują wykonany ponad dekadę temu start sondy Rosetta do wystrzału z procy, chwaląc niebywały upór i ambicję naukowców, a także sugerując, że był to przełom w badaniu kosmosu i jedno z najważniejszych wydarzeń w historii naszej cywilizacji. Trudno się z tym nie zgodzić.

 

Wysłannik („Envoy”)

Napakowana niesamowitymi, jak na krótki metraż, efektami specjalnymi opowieść o chłopcu, który spotyka na polu kukurydzy robota. Niestety, na jego trop wpada też amerykańskie wojsko, które z wielkim hukiem stara się zerwać więzi rodzącej się między nimi przyjaźni. „Wysłannik” jest tzw. dowodem koncepcji – jego twórca David Weinstein nakręcił go po to, by zachęcić większe studio do zainwestowania w wersję pełnometrażową. Patrząc na jakość jego wykonania, jest wielce prawdopodobne, że uśmiechnie się do niego Wielki Pieniądz.

 

Rewolwerowiec („The Gunfighter”)

Prawdopodobnie najzabawniejsza rzecz, jaką widziałem w minionym roku. Krótka opowieść o rewolwerowcu, który przychodzi do saloonu na kilka drinków. Niestety, nie dane mu będzie ich wypić, gdyż potencjalną pijatykę już na wstępie przerywa… narrator (głos Nicka Offermana). Motyw żywcem wyjęty ze znakomitego „Stranger than Fiction” tu zostaje rozwinięty – głos z offu słyszą wszyscy, ale tak naprawdę nie chciałby słyszeć nikt, gdyż osoba mówiąca wyprowadza cios za ciosem, zdradzając wszystko o czym obecni w scenie bohaterowie myślą, a także pikantne szczegóły z ich przeszłości. Uśmiałem się do łez.

 

Złodziej twarzy („El Ladrón de Caras”)

Utrzymana w klimacie noir animacja opowiadająca o próbie wytropienia tajemniczego złodzieja, który pozbawia ludzi twarzy. To co z pozoru wydaje się połączeniem kryminału i fantastyki, w finale nabiera zupełnie nowej wymowy, kiedy… No właśnie, zakończenia Wam nie zdradzę, ale wierzcie mi, że zadaje solidny cios w samo serce. Jest to nietuzinkowe dzieło stworzone przez zespół studentów ze szkoły animacji PrimerFrame w Walencji.

 

Wędrowcy („Wanderers”)

Kapitalna mieszanka narracji Carla Sagana wyciągnięta z dokumentu „Błękitna kropka”, fenomenalnej animacji komputerowej Erika Wernquista oraz monumentalnej muzyki Cristiana Sandquista. „Wanderers” przedstawia wizję ekspansji ludzkości na cały Układ Słoneczny, bazując na przewidywaniach i dywagacjach naukowców na temat przyszłości. Widoki, które możemy podziwiać w filmie to cyfrowe odwzorowanie faktycznych miejsc z naszego układu planetarnego, albo na bazie zdjęć wykonanych przez sondy, albo na podstawie gwiezdnych map z zakątków, gdzie sondy dotrzeć nie mogły.

 

Opowieść o pędzie i bezwładności („A Tale of Momentum and Inertia”)

Zadziwiające, ze wystarczy 60 sekund, aby opowiedzieć dynamiczną, wciągającą i trzymającą w napięciu historię, w której nie pada jedno słowo, ale dzieje się więcej, niż w niejednym filmie pełnometrażowym. Co więcej, jeszcze nigdy główny bohater – tu olbrzym starający się uchronić przed zagładą miasto – tak szybko nie zdobył mojej sympatii. A jego decyzję z zakończenia tej historii zrozumiemy chyba wszyscy.

 

Wtyczka („PLUG”)

Debiut reżyserski designera i artysty koncepcyjnego Davida Levy’ego (pracował m.in. przy „Prometeuszu”, „Grze Endera”, „Tronie: Dziedzictwo” oraz nadchodzących „Tomorrowland” i sequelu Avatara). Trwający blisko kwadrans krótki metraż jest wstępem do serialu, który reżyser ma nadzieję zrealizować, jak tylko znajdzie odpowiednie fundusze. Opowiada o opuszczonej przez ludzi Ziemi, na której po ich odlocie zostają tylko maszyny oraz jedna, pozostawiona przez resztę ludzkości w czasie ewakuacji dziewczynka. Wychowywana przez roboty Leila nie potrafi zapomnieć o swoich rodzicach, a cały wolny czas poświęca na poszukiwaniu resztek życia na zniszczonej planecie. Na skutek splotu brutalnych okoliczności odkrywa, że całe życie była okłamywana.

 

Nuggets

Przygnębiająca, prosta, ale nie pozwalająca o sobie zapomnieć animacja, obrazująca kolejne stadia uzależnienia od używek. Oglądać tu możemy ptaka kiwi, który na swojej drodze przypadkiem napotyka na tajemniczą substancję (zwaną przez twórcę – Andreasa Hykade – „nuggets”) i postanawia jej spróbować. Ta dodaje mu skrzydeł, ale tylko na krótką chwilę. Tak mu się jednak podoba, że postanawia rozejrzeć się za kolejną porcją. A potem jeszcze jedną. I jeszcze. Problem w tym, że za każdym razem jej działanie jest coraz krótsze, a powrót do prawdziwego świata dotkliwszy. Masakruje emocjonalnie.

 

Pułapka czasu („Time Trap”)

Na poprawę nastroju błyskotliwy i zabawny film Michaela Shanksa o podróżniku kosmicznym, który zostaje zmuszony do awaryjnego lądowania na postapokaliptycznej Ziemi. W poszukiwaniu części zamiennych do swojego statku kosmicznego bohaterowi pomaga urządzenie, pozwalające mu nie tylko zajrzeć do przeszłości, ale też z tej przeszłości zabrać przedmioty niezbędne do dalszej tułaczki po kosmosie. Zadanie nietrudne, ale wymagające całkiem sporych nakładów tytułowego czasu.

 

BAG MAN

Nieskomplikowana, ale piekielnie dobrze zagrana i znakomicie zrealizowana mała produkcja, która przez bez mała połowę wymaga od widza cierpliwości, by w końcówce wynagrodzić mu ją z nawiązką. To co początkowo wygląda na rozrywający się w Nowym Jorku i okolicach dramat obyczajowy, okazuje się zgrabnym mariażem kina drogi z elementami kryminału i science-fiction. Piękne zdjęcia, powalające efekty specjalne i rekwizyt, który z powodzeniem mógłby się odnaleźć w wysokooktanowej, wybuchowej produkcji rodem z Hollywood.

 

PS: O czymś zapomniałem? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach. Chętnie pooglądam więcej takich perełek.