5 słynnych książek, których autorzy żałują, że je napisali

W czasach, kiedy książki wydają nie tylko osoby, które dryg do pisania wyssały z mlekiem matki, ale też twarze z okładek kolorowych magazynów, sportowcy nieumiejący sklecić dwóch sensownych i zachowujących ciąg przyczynowo-skutkowy zdań oraz blogerzy, którym wydaje się, że kilkaset like’ów pod wpisem przekłada się na talent pisarski, przebić się ze swoją powieścią jest niezwykle trudno. A marzeniem każdego, kto porywa się na pisarstwo, jest oczywiście mityczna sława i bogactwo, ponoć gwarantowane w momencie, gdy ich „dzieło” osiągnie status bestsellera.

Jak się jednak okazuje zdarzają się sytuacje, gdy tak pożądany literacki sukces może stać się dla autorów poczytnych wolumenów prawdziwym utrapieniem. Przekleństwem, które sprawia, że nagle zaczynają żałować, że w ogóle zabrali się za ich pisanie. Nie wiem, czy zdają sobie z tego sprawę osoby wspomniane w powyższym akapicie, ale jeśli zapoznają się z poniższymi przykładami słynnych autorów ubolewających nad sukcesem ich najpopularniejszych dzieł, mogą dość do wniosku, że rozgłos i powodzenie to niekonieczne to, co skrycie pragną w życiu osiągnąć.

„Rage”, Stephen King

Legendarna już książka Stephena Kinga (pierwsza wydana pod pseudonimem Richard Bachman), którą autor napisał jeszcze w liceum, ale opublikował dopiero 12 lat później. Opowiada o fikcyjnych wydarzeniach w miasteczku Placerville w stanie Maine, gdzie pewien młodzieniec po zastrzeleniu w szkole dwójki nauczycieli bierze za zakładników 24 uczniów, po to tylko, by im pozwierzać im się ze swoich problemów. Na tle innych powieści Kinga ta nie wyróżnia się niczym szczególnym – to prosty thriller, w którym autor dopiero szlifował swoje mistrzostwo w tworzeniu nietuzinkowych i skrywających mroczne sekrety postaci. Jest jednak na tyle dobra, że nawet poczytny autor nie powinien się jej wstydzić, dlatego decyzja o całkowitym wycofaniu jej z druku na całym świecie (!) w pierwszej chwili mogła wydawać się dziwna.

Okładka wydania amerykańskiego.

Okładka wydania amerykańskiego.

Gdy jednak dotrze do nas, że w ciągu 20 lat od publikacji „Rage” było katalizatorem przynajmniej czterech szkolnych strzelanin (młodociani napastnicy czytali i inspirowali się działaniami głównego bohatera), spływa na nas zrozumienie świadomej decyzji Kinga. Przez globalny zakaz sprzedaży książka nigdy oficjalnie nie ukazała się w Polsce (mimo usilnych starań Prószyńskiego w 2005 roku – ostała się z tego jedynie fanowska okładka polska), a jej wydania oryginalne osiągają na aukcjach internetowych rozchodzą się nawet po 2 tysiące dolarów za sztukę. Autor po dziś dzień żałuje jej napisania i podtrzymuje swoją decyzję o zakazie jej rozpowszechniania.

Źródło 1 | Źródło 2

„Brokeback Mountain”, Annie Proulx

Materiał źródłowy nagrodzonego trzema Oscarami w 2006 roku filmu to wbrew obiegowej opinii nie książka, ale sporej długości opowiadanie, które opublikowano w magazynie The New Yorker 13 października 1997 roku. Pomimo wyróżnień dla autorki, Annie Proulx, oraz filmu z Ledgerem i Gyllenhaalem, ta pierwsza wkrótce po premierze produkcji z tymi drugimi pożałowała, że w ogóle zabrała się za tak kontrowersyjną historię.

Fragment skanu oryginału artykułu z New Yorkera

Fragment skanu oryginału artykułu z New Yorkera

O dziwo, w listach od czytelników nie otrzymała pogróżek, a jedynie setki, jeśli nie tysiące sugestii, jak opowieść powinna była się skończyć. Biorąca się z niezrozumienia intencji frustracja autorki była tak wielka, że po kilku latach nie wytrzymała i w wywiadzie dla Paris Review wypaliła, że „wolałaby nigdy czegoś takiego nie napisać”. Chodziło jej o to, że czytelnicy i widzowie zamiast zastanowić się nad problemem homofobii, w filmie dostrzegli jedynie nietypowy romans, który ich zdaniem winien zakończyć się happy endem.

Źródło 1 | Źródło 2

„Szczęki”, Peter Benchley

Kiedy w 1974 roku Peter Benchley wydawał „Szczęki” przez myśl mu nie przeszło, że na przestrzeni kolejnych kilkunastu miesięcy zrobi z Bogu ducha winnych rekinów postrach plaż całego świata. Również w miejscach, gdzie te nawet się nie zapuszczają. Co prawda w sianiu paniki niewspółmiernie większą rolę odegrał film Stevena Spielberga, ale to właśnie dzięki powieści Benchleya pierwszy w historii blockbuster mógł w ogóle powstać. I zrazić do szczerzących zęby wielkich ryb całą niemal ludzkość.

Autor książki i współtwórca scenariusza w czasach, gdy jeszcze nie żałował ich napisania

Autor książki i współtwórca scenariusza w czasach, gdy jeszcze nie żałował ich napisania

Autorowi książki nagrodzony trzema Oscarami film bardzo się podobał. Nie podobał mu się jednak efekt, jaki wywierały jego projekcje na widzach – ci ostatni faktycznie z dnia na dzień zaczęli się obawiać pływania w otwartych zbiornikach wodnych, a także wykształcili u siebie przyzwolenie na masowe zabijanie wspaniałych zwierząt, irracjonalnie odnajdując w dochodowym rybołówstwie coś na kształt prewencji.

Spielberga nie przestraszył

Spielberga nie przestraszył

W związku z badaniami jakie autor prowadził w trakcie pisania książki, stał się kimś na kształt eksperta w dziedzinie oceanografii, a w późniejszym życiu działaczem na rzecz ochrony gatunku, który przedstawił w tak dramatycznie przerażających barwach. I pomimo faktu, że przez kolejne 30 lat wciąż wydawał powieści o niebezpieczeństwach czyhających pod wodami (nie tylko na ludzi, ale też na mieszkańców mórz i oceanów), do końca życia żałował wydania „Szczęk”.

Źródło 1 | Źródło 2

„Alicja w Krainie Czarów”, Charles Dodgson

Dokładnie rok temu, w połowie lutego 2014 roku na światło dzienne wyszedł napisany w 1891 roku list Charlesa Dodgsona do swojego przyjaciela, w którym autor „Alicji…” wyznał, że nienawidzi sławy jaką obie części książki mu przyniosły i żałuje, że kiedykolwiek zdecydował się na pisanie tego typu literatury. Dodgson, który oba tomu przygód w Krainie Czarów podpisał pseudonimem Lewis Carroll, obawiał się, że obcy ludzie poznają jego prawdziwe imię i nazwisko, po czym zaczną go nachodzić czy wytykać palcami na ulicy.

Jak widać Dodgson nie miał z tym nic wspólnego

Jak widać Dodgson nie miał z tym nic wspólnego

Autor tak bardzo strzegł swojej prywatności (o której sporo się w ostatnim czasie dyskutuje, zwłaszcza w kontekście jego mocno podejrzanego zainteresowania dziećmi), że unikał odpowiedzi na listy od fanów zaadresowane do Lewisa Carrolla. Zaś w oficjalnych odpowiedziach wysyłanych z koledżu Christ Church, gdzie wykładał, stanowczo zaprzeczał autorstwu jakiejkolwiek książki niepodpisanej jego prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

Źródło 1 | Źródło 2

„Kubuś Puchatek”, Alan Alexander Milne

Przypadek „Kubusia” oraz jego „Chatki” jest o tyle ciekawy, że na całym świecie kochali, kochają i będą kochać niemal wszyscy. Piszę niemal, gdyż według wielu źródeł, jedynie sam autor, jego syn oraz twórca przepięknych ilustracji darzyli obie książki szczerą i prawdziwą nienawiścią. Jak to w ogóle możliwe?

Kubuś i Chatka

Kubuś i Chatka

Zacznijmy od syna, którego Milne przeniósł do książki w skali 1:1, zachowując nawet jego prawdziwe imię i nazwisko. Kiedy Christopher Robin Milne zaczął uczęszczać do szkoły, nie było dnia, by nie padał ofiarą zaczepek ze strony innych uczniów, naśmiewających się z jego książkowego wizerunku. Jego rówieśnicy z pełną premedytacją i złośliwością recytowali na głos, gdziekolwiek się pojawił, fragmenty obu powieści oraz tomiku „Wiersze dla Krzysia”. Nie trzeba dodawać, do jakiego stanu go to doprowadzało.

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach

„Koledzy” Christophera naśmiewali się również ze sposobu, w jaki autor ilustracji E.H. Shepard przedstawił go w powieściach. Sam Shepard z kolei, bardzo szybko pożałował współpracy z ojcem chłopca, z dość niecodziennego powodu. Otóż wspomniane rysunki przyniosły mu taką popularność, że jego twórczość przestano kojarzyć z satyrą polityczną (którą w pierwszej kolejności się wybił), nad czym ubolewał do końca swojej kariery. W oczach milionów ludzi, pozostał po prostu ilustratorem „Kubusia Puchatka”.

Tak, to rysunek tego samego pana

Tak, to rysunek tego samego pana

Jeśli zaś chodzi o samego Alana Alexandra Milne, on również w pewnym momencie swojej kariery literackiej pożałował napisania wspaniałych powieści dla dzieci. Jak tłumaczył, przygody Misia o Bardzo Małym Rozumku stały się tak popularne, że nikt już nie pamiętał o innych jego dziełach. I jeśli się nad tym chwilę zastanowimy, z pewnością dojdziemy do wniosku, że zaiste trudno jest odmówić mu racji.

Źródło 1 | Źródło 2 | Źródło 3

PS: Wpis inspirowany listą 10 książek, których autorzy żałują ich napisania, opublikowany kilkanaście dni temu w serwisie Listverse. Polecam zajrzeć, by dowiedzieć się więcej.