Nie taki Photoshop straszny, jak go malują

Nie ma na świecie drugiej takiej aplikacji. Z jednej strony kochana (przez grafików), z drugiej nienawidzona (głównie przez feministki i mężczyzn, którzy mieli kontakt z kobietami nieposiadającymi rozszerzenia .jpg), a z trzeciej tak niesamowita, że to, co za jej pomocą można osiągnąć, jest niemal nie do odróżnienia od magii (parafrazując trzecie prawo Arthura C. Clarke’a). O potędze Photoshopa świadczy też m.in. to, że już w pierwszej swojej wersji był w stanie uchronić drugą, najlepszą część „Terminatora” przed efektowną klapą. Wiele wskazuje na to, że bez programu firmy Adobe „Dzień sądu” byłby równie śmieszny co Ministerstwo Głupich Kroków Monty Pythona.

Zanim jednak przejdziemy do ratowania kontynuacji „Elektronicznego mordercy” warto odnotować, że już w przypadku dwóch wcześniejszych, wysokobudżetowych hitów – „Otchłani” Jamesa Camerona oraz „Willow” Rona Howarda – Photoshop odegrał niemałą rolę. Wróć. Nie Photoshop, tylko coś, co dopiero kilka lat później zostało zakupione przez Adobe od braci Knoll. John, pracownik studia Industrial Light and Magic oraz Thomas Knoll (wówczas doktorant studiujący na Uniwersytecie Michigan) stworzyli w programie zaprojektowanym przez tego ostatniego gigantyczną wodną nibynóżkę w pamiętnej scenie na pokładzie stacji badawczej w „The Abyss”. Pomogli także zrealizować karkołomną sekwencję przekształcania się ludzi w zwierzęta w magicznym fragmencie kultowego filmu fantasy.

Jeszcze pod koniec lat 80. to co ostatecznie pojawiło się na rynku jako Photoshop 1.0 nosiło nazwę „Display”. Stworzona przez Thomasa Knolla aplikacja początkowo służyła wyłącznie do wyświetlania obrazów na monitorze monochromatycznym. Dopiero po namowach ze strony młodszego brata oraz sugestiom dalszego rozwoju, Thomas zaczął dodawać do niej funkcje edycyjne. Zmienił też jej nawę na ImagePro, jednak ta była już w użyciu, stąd ostatecznie zdecydował się na sklejkę wyrazów „zdjęcie” (ang. „photo”) oraz „warsztat” (ang. „shop”). Program zaczęto dołączać do skanerów firmy BarneyScan, ale zabieg ten nie przyniósł ani popularności, ani większego dochodu jego twórcy. Czekał na moment przełomowy, który nadszedł szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Sporo się od tego czasu zmieniło.
Sporo się od tego czasu zmieniło.

Po sześciu latach negocjacji ostatecznie udało się ruszyć z produkcją sequela „Terminatora”, kiedy pierwotny właściciel praw do filmu (Hemdale Film Corporation) zdecydował się odsprzedać je wytwórni Carolco Pictures za 5 milionów dolarów. Mniej więcej dziesięć razy tyle kosztowało stworzenie efektów specjalnych, łączących w sobie elementy praktyczne oraz wygenerowane za pomocą komputerów. O ile jednak konstruowanie makiet i kukieł, przygotowywanie i detonowanie materiałów wybuchowych czy korzystanie z usług kaskaderów nie nastręczało większych problemów (zebrana ekipa była mocno doświadczona, a jej członkiem był m.in. wizjoner i wirtuoz Stan Winston), tak jednak użycie maszyn obliczeniowych wciąż nosiło znamiona pionierstwa. I mocno raczkowało.

Bez takich zdjęć ciężko byłoby odgadnąć, które elementy to jeszcze efekty praktyczne, a które to już CGI. (fot. Facebok /  Stan Winston School of Character Art)
Bez takich zdjęć ciężko byłoby odgadnąć, które elementy to jeszcze efekty praktyczne, a które to już CGI. (fot. Facebok / Stan Winston School of Character Art)

Za ich wplecenie w film odpowiadał Dennis Muren, którego po sukcesie „Otchłani” wraz z ekipą ponownie zaprosił do współpracy James Cameron. Zadaniem ludzi Murena było stworzenie postaci zmiennokształtnego, wykonanego z płynnego metalu cyborga, kreowanego na ekranie przez Roberta Patricka. Niestety okazało się ono zdecydowanie trudniejsze, niż wszystko co do tej pory robili. Pomimo miesięcy prac nad zaledwie pięcioma minutami filmowego materiału (tak, zaledwie tyle CGI jest w drugim „Terminatorze”), ruchy T-1000 wciąż były niezadowalające, wręcz ocierające się o śmieszność przez swoją nienaturalność i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Krzaczyło się niemal wszystko, a najbardziej w oczy rzucały się koszmarne dziury na styku ciał aktorów i nakładanej na nie grafiki komputerowej.

To, jak widać, nie były jedyne problemy, z jaką borykała się ekipa.
To, jak widać, nie były jedyne problemy, z jakimi borykała się ekipa.

Pomóc nie potrafili nawet naukowcy, których matematyczne zdolności i obliczenia nie usprawniły geometrii postaci. Wydawało się, że Cameron będzie musiał zrezygnować ze swojego wyśnionego nemezis. I wtedy do akcji wkroczył John Knoll (pracował przy filmie z ramienia Industrial Light & Magic), który raz jeszcze zarekomendował swojego brata i jego ulepszony niedawno program do obróbki zdjęć i grafiki. To właśnie dzięki pierwszemu Photoshopowi udało się poprawić niedoróbki, załatać dziury a wszystkie szwy uczynić praktycznie niewidocznymi. Końcowy efekt był tak dobry, iż ludzie ustawiali się w kolejkach do kas na powtórne seanse oraz tak przełomowy, że cała ekipa odpowiedzialna za efekty specjalne została nagrodzona zasłużonym Oscarem.

Efekty do dzisiaj wdeptują w podłogę.
Efekty do dzisiaj wdeptują w podłogę.

Program Knollów bardzo szybko znalazł zaś poważnego nabywcę, w postaci zachwyconej jego możliwościami korporacji Adobe, dla której od 1990 roku Photoshop stał się flagowym produktem. Z Thomasem Knollem na stanowisku głównego projektanta i dewelopera, które piastował przez kolejnych 18 lat, kiedy zajął się pobocznymi projektami, wciąż jednak związanymi z jego ukochanym dzieckiem. Zrodzonym z płynnego metalu, niczym najzajadlejszy i najbardziej przerażający wytwór Cyberdyne i Skynetu.

Źródła: