Pięć zdumiewających rzeczy, których mogliście nie zauważyć na słynnych obrazach

Kiedy nieco ponad dwa lata temu publikowałem na KWP wpis o odkryciu zapisu nutowego na pośladkach jednej z postaci uwiecznionych przez Hieronima Boscha na obrazie „Ogród ziemskich rozkoszy”, nie przypuszczałem, że wzbudzi on tak duże zainteresowanie wśród czytelników. Równie wielkie zdziwienie ogarnęło mnie na widok 16 tysięcy polubień pod wpisem o „10 obrazach, które każdy szanujący się Polak znać musi„, gdzie oprócz standardowej listy, zmieściło się też sporo ciekawostek na temat samych dzieł. A gdy kilka tygodni temu jedna z czytelniczek KWP poprosiła mnie o więcej wpisów na temat malarstwa, nie mogłem nie zdecydować się na ponowne zanurzenie w farbie olejnej i wyłowienie z niej dla Was kilku rzeczy, którymi możecie błysnąć w towarzystwie. Bo towarzystwo, z duża dozą prawdopodobieństwa, mogło ich przecież nie zauważyć. Czego konkretnie?

Twarz diabła

Przez 700 lat na sklepieniu katedry w Asyżu wierni i zwiedzający podziwiali fresk autorstwa Giotto di Bondone, jednak dopiero w 2011 roku udało się dostrzec, że na dziele przedstawiającym życie i śmierć św. Franciszka artysta ukrył w chmurach samego diabła. Z jednej strony fakt, że siedem wieków życia w niewiedzy nie powinien zaskakiwać, zważywszy że z ziemi trudno jest dostrzec szczegóły fresku, z drugiej jednak, nawet podczas konserwacji w 1997 roku (14 lat przed odkryciem!) fakt ten umknął specjalistom zajmującym się restauracją świątyni. Usprawiedliwieniem tego przeoczenia może być powszechna do 2011 roku wiedza, iż najwcześniejszą ukrytą na nieboskłonie postacią był rycerz z na płótnie przedstawiającym męczeństwo świętego Sebastiana namalowanego przez Andrea Mantegnę z 1460 roku.

Grafika autorstwa Daily Mail

Grafika autorstwa Daily Mail


Groteskowy Anioł

Michał Anioł. Na palcach jednej ręki (trochę przesadzam, przyznaję) można policzyć artystów, którzy nigdy nie namalowali autoportretu. Wielu najsłynniejszych, swoje podobizny umieszczało nie w centralnych miejscach stworzonych przez siebie dzieł, ale gdzieś na dalszym planie, często czyniąc z siebie świadków uwiecznianego na desce, płótnie czy ścianie wydarzenia. Niektórzy zaś robili to w taki sposób, iż odnalezienie ich postaci na obrazie kosztować mogło wiele wysiłku.

Nie klikajcie, poniżej daję zbliżenie.

Nie klikajcie, poniżej daję zbliżenie.

Tak było też w przypadku Michała Anioła właśnie, który swoją umęczoną tworzeniem kolejnego fresku w Kaplicy Sykstyńskiej twarz zakamuflował na skórze zdartej ze świętego Bartłomieja. Ten ostatni trzyma ją na tworzonym w latach 1537-1541 „Sądzie ostatecznym”. Kiedy zaś odkryto, że święty nie dzierży w dłoni własnej tkanki, a powłokę cielesną artysty? Dopiero pod koniec lat 20. XX wieku. Blisko 500 lat po namalowaniu.

Nie ma za co.

Nie ma za co.


W krzywym zwierciadle

Piętnastowieczny niderlandzki malarz Jan van Eyck, który jako jeden z pierwszych w Europie zaczął stosować technikę olejną, miał w swoim portfolio kilkadziesiąt doskonałych dzieł. Żadne z nich jednak nie budzi w (nie)przeciętnym odbiorcy takich emocji jak „Portret małżonków Arnolfinich” z 1434 roku, przedstawiający (zdaniem historyków sztuki) ceremonię składania przysięgi małżeńskiej. Obraz, na którym tylko z pozoru van Eyck umieścił jedynie dwoje bohaterów i psa, w rzeczywistości przedstawia cztery osoby.

Wait for it.

Wait for it.

Aby je jednak dostrzec należy przed Arnolfinimi przystanąć w biegu po ogromnej National Gallery w Londynie i spojrzeć w zwierciadło widocznego w tle uwiecznionej na desce sceny. To właśnie dzięki niemu malarz rozciąga przestrzeń obrazu, prezentując spojrzenie na nią z innej perspektywy. Perspektywy, która pomija niestety wspomnianego czworonoga, pantofle (patynki) oraz różaniec. Straszne to, trzeba przyznać, niedbalstwo.

Do usług.

Do usług.


Dyskretne przeprosiny

Caravaggio, który jak pewnie wiecie miał na imię Michelangelo (ktoś? coś?), a jak pewnie nie wiecie, oprócz bycia wybitnym barokowym malarzem, był chorym skurwysynem (w walce o względy prostytutki zabił niejakiego Ranuccio Tomassoniego, odcinając mu genitalia), na przełomie maja i czerwca 1606 roku musiał uciekać z Rzymu do Neapolu, a następnie na Maltę, gdzie liczył na wstawiennictwo i pomoc w ułaskawieniu za popełnione morderstwo. Na niewiele się to zdało i wkrótce musiał szukać azylu gdzie indziej – tym razem na Sycylii, gdzie kompletnie zdziwaczał, śpiąc z ubraniu, z bronią pod ręką i niszcząc swoje płótna z byle powodu. Wiedział jednak, że jedynym sposobem na uzyskanie aktu łaski będzie przypodobanie się papieżowi Pawłowi V, a to mógł zrobić malując dzieła o tematyce sakralnej.

Co oczywiście nie przeszkadzało w przedstawianiu scen zaiste krwawych.

Co oczywiście nie przeszkadzało w przedstawianiu scen zaiste krwawych.

Wrócił więc do Neapolu (będącym poza jurysdykcją rzymską) i zabrał się do pracy. Po zamachu na swoje życie (na skutek ataku jego twarz została zdeformowana), namalował dwa obrazy – „Salome z głową Jana Chrzciciela” (uwieczniona na tacy głowa świętego to autoportret malarza) oraz „Dawida z głową Goliata”. I właśnie tym ostatnim obrazem udało mu się odzyskać papieskie względy. W jaki sposób? Otóż Caravaggio przedstawił siebie jako pokonanego giganta zaś na mieczu trzymanym przez Dawida umieścił inicjały łacińskiej inskrypcji – H-AS OS – humilitas occidit superbiam (łac. „pokora zabija dumę”). Obraz słusznie odebrano jako błaganie o łaskę i przyznanie się do winy, a malarzowi pozwolono ostatecznie na powrót do Rzymu. Niestety nie dane mu było dotrzeć do celu – z niewiadomych przyczyn zmarł w drodze, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Przeprosiny przyjęte.

Przeprosiny przyjęte.


Rzeź niewiniątek

Wiele osób oglądających „Rzeź niewiniątek” Pietera Bruegela starszego jest skonsternowanych nie tylko dziwnym umiejscowieniem akcji (zamiast Betlejem I wieku, mamy tu Niderlandy w wieku XVI), ale też brakiem samych niewiniątek. Ale jak tu nie być zdziwionym, gdy na obrazie żołnierze wyszarpują kobietom różnego rodzaju naczynia, a zrozpaczone matki opłakują ułożone na własnych kolanach pakunki z jedzeniem?

Kliknięcie powiększa, ale tylko nieznacznie.

Kliknięcie powiększa, ale tylko nieznacznie.

Aby rozwiązać zagadkę dziwnych wyborów malarza należy cofnąć się w czasie o 450 lat na dwór Świętego Cesarza Rzymskiego Rudolfa II. To właśnie w jego ręce trafił oryginalny obraz Bruegela. Uwiecznione na nim wydarzenia tak zszokowały władcę, iż rozkazał zamalować faktyczną masakrę niewiniątek, zamieniając rozszarpywane zwłoki dzieci na wspomniane beczki i zawiniątka. Tym samym dzieło starszego z Bruegelów straciło pierwotną wymowę, a stało się (już w katalogach XVII-wiecznych) niczym się na pierwszy rzut oka niewyróżniającą sceną plądrowania wsi. Po bliższym jednak spojrzeniu (najlepiej z użyciem skanera podczerwieni) na dzieło wybitnego artysty zauważyć można smugi i cienie zamalowanych na życzenie Rudolfa II maluczkich, straszących spostrzegawczych odbiorców niczym duchy, które nie zaznały spokoju.

Grafika nie moja. Moja będzie za chwilę. Tak, zdecydowanie lepsza.

Grafika nie moja. Moja będzie za chwilę. Tak, zdecydowanie lepsza.

Nie wszyscy wiedzą, że Bruegel zdecydował się namalować drugą wersję swojego obrazu, na której nikt zmian wprowadzać się już nie zdecydował. Można ją oglądać w muzeum w Wiedniu, do którego nam z pewnością bliżej, niż do przereklamowanego Londynu.

To jeszcze nie to. To tylko nieocenzurowana wersja autorstwa Bruegela.

To jeszcze nie to. To tylko nieocenzurowana wersja autorstwa Bruegela.

Na górze wersja z Londynu, na dole z Wiednia. Wybierajcie.

Na górze wersja z Londynu, na dole z Wiednia. Wybierajcie.