6 obrazów ukrytych w innych obrazach

Kończąc ostatni wpis o 5 rzeczach, których mogliście nie zauważyć na słynnych obrazach, napomknąłem o „Rzezi niewiniątek” Petera Bruegela starszego, który w pierwotnej wersji był tak wstrząsający, iż cesarz Rudolf II kazał zamalować drastyczne elementy, całkowicie zmieniając jego wymowę. Na szczęście Bruegel zrobił to na tyle nieudolnie, iż wprawne oko z łatwością zauważy przebijającą się w niektórych miejscach spod farby wersję oryginalną. A gdyby nie był do końca przekonany, może obejrzeć właściwą wersję „Rzezi”, przygotowaną przez twórcę niejako równolegle. Na niej cenzury nikt wprowadzać się nie odważył.

Nie wszystkie jednak dzieła sztuki miały tyle szczęścia. Wiele z nich nie tylko nie doczekało się swojej pełnej wersji w siostrzanym obrazie, a większość ginęła pod kolejnymi warstwami farby, kiedy zniesmaczony postępem prac na jednym dziełem malarz, decydował się zacząć proces twórczy od początku. Szkoda mu jednak było wyrzucać częściowo zamalowaną już deskę czy płótno, tym samym przygotowując niespodziankę dla konserwatorów, którzy dopiero po wielu latach odkrywali obrazy ukryte pod innymi obrazami. A najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, iż wiele z zamalowanych oryginałów w wersji ukończonej mogło budzić więcej emocji niż to, co ostatecznie przyszło nam oglądać w muzeach czy galeriach. Sami zresztą zobaczcie.

Na zielonej łączce

Jeden z mniej znanych przez laików obrazów Van Gogha – nudny jak nieskoszony trawnik „Łan trawy” z 1887 roku – 121 lat po namalowaniu ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Wróć – może nie swoje, ale bliżej niezidentyfikowanej chłopki, którą holenderski postimpresjonista zdecydował się sportretować, a następnie zamalować swoje dzieło zielonymi łanami. I gdyby nie rozwój techniki i zbombardowanie płótna promieniowaniem rentgenowskim, nigdy byśmy nie dowiedzieli się o jej istnieniu.

Nuda.

Nuda.

Indukowana promieniowaniem synchrotonowym spektroskopia fluorescencji rentgenowskiej (serio, nie wymyśliłem tego), sprowadzająca się do wyemitowania silnej acz krótkiej wiązki promieniowania, a następnie pomiaru fluorescencji warstw „Łanu trawy”, pozwoliła naukowcom uniwersytetów z Antwerpii oraz Delft na bardzo dokładne przyjrzenie się zamiarom twórcy. I chociaż pierwotne dzieło nie porywa rozmachem, zdecydowanie bardziej zapada w pamięć niż źdźbła, chwasty i kilka dmuchawców.

Skomplikowane pojęcie z powyższego akapitu sprowadza się do tego.

Skomplikowane pojęcie z powyższego akapitu sprowadza się do tego.

Van Goghowi musiało zależeć na dobrym tego ukryciu.

Van Goghowi musiało zależeć na dobrym tego ukryciu.

OK, może nie jest tak bardzo porywające, ale na pewno ciekawsze.

OK, może nie jest tak bardzo porywające, ale na pewno ciekawsze.

Źródła: 1, 2, 3


Bukiet dla wrestlera

Bukiet z polnymi kwiatami, a więc kolejna z porywających tematycznie prac, przez lata był przypisywany innemu autorowi, mimo iż tematycznie właśnie najbardziej pasował do wspominanego już tutaj Van Gogha. Pracownicy holenderskiego muzeum Kroeller-Mueller mieli sporo wątpliwości – wszak martwa natura zbytnio odbiegała rozmiarami od innych prac legendarnego twórcy, a jego podpis widniał w zupełnie innym miejscu niż na pozostałych jego pracach. No i kolory były jakby właściwe, a same kwiaty oddane aż nazbyt dokładnie.

Martwe, a niemal jak żywe.

Martwe, a niemal jak żywe.

Zbyt wiele rzeczy jednak nie pasowało do „typowego Vincenta”, więc na początku XXI wieku wykreślono go z katalogu dzieł Van Gogha. Przełom nastąpił 9 lat później – w 2012 roku – kiedy pod warstwą z namalowanymi kwiatami odkryto… dwóch zapaśników – jakże odmienną od finalnej wersji na płótnie scenę. Jak się jednak okazuje, właśnie to odkrycie pozwoliło ostatecznie potwierdzić, że polne kwiaty w wazonie faktycznie namalował skreślony wcześniej twórca.

Prawdziwa układanka.

Prawdziwa układanka.

Jakim cudem? Potwierdzenie odnaleziono w liście z 1886 roku, w którym Van Gogh przyznał, iż namalował „dużych rozmiarów obraz”, na którym umieścił „dwa nagie torsy – dwóch zapaśników”. Co ciekawe, dodał też, że bardzo mu się finalny rezultat podoba, nie do końca więc wiadomo, dlaczego po 6 miesiącach ostatecznie zamalował to dość dynamiczne dzieło nieruchomym bukietem.

I nie zrobił tego dla pieniędzy. Za życia nikt nie chciał kupować jego prac.

I nie zrobił tego dla pieniędzy. Za życia nikt nie chciał kupować jego prac.

Źródła: 1, 2, 3


Retusz na zamówienie

Portret Isabelli de’ Cosimo I de Medici (dla ułatwienia nazwijmy ją Izabelą Medycejską) przez lata budził wątpliwości wielu konserwatorów, podejrzewających falsyfikat namalowany trzy stulecia po przyjętej dacie jego powstania – roku 1574. Ostatecznie ich podejrzenia nie potwierdziły się i obraz został sklasyfikowany jako autentyk, a wszystko za sprawą zaskakującego odkrycia. Okazało się, że warstwa wierzchnia faktycznie została namalowana wiele lat później, a prawdziwy obraz kryje się pod warstwą spękanej tu i ówdzie farby.

Ślicznotka?

Ślicznotka?

Ellen Baxter, konserwatorka pracująca w Carnegie Museum of Art w Pittsburghu, po odkryciu starszej warstwy farby zleciła wykonanie prześwietlenia obrazu. Jej podejrzenia potwierdziły się, co skłoniło ją do rozpoczęcia długotrwałego procesu usuwania domalowanych elementów, ale też niemal całej postaci Izabeli Medycejskiej. Prowadząca dość rozwiązły tryb życia kobieta była mocno krytykowana przez jej brata – Francisco, nie ukrywającego do niej niechęci po śmierci ich ojca. Izabela starała się podreperować własny wizerunek, poniekąd porównując siebie do świętych niewiast, a namalowane jej wcześniejsze portrety zleciła przerobić, by wyglądać bardziej dostojnie. No i pięknie, jak na świętą przystało.

Powoli wyłania się monstrum.

Powoli wyłania się monstrum.

Tym samym już dwa lata po namalowaniu portretu przez jednego z malarzy dworskich, Izabela poprosiła o domalowanie alabastrowego pojemnika z maścią, otaczającej ją poświaty, a także lekko rozczochranych loków, mających oglądających portret skojarzyć jej wizerunek ze skruszoną Marią Magdaleną. Na niewiele się to zdało – same zmiany w obrazie nie wpłynęły na lepsze prowadzenie się Izabeli, co ostatecznie okazało się dla niej zgubne. W 1576 roku jej mąż, w porozumieniu ze wspomnianym bratem, zlecili jej uduszenie.

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Akhem.

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Akhem.

Sam obraz przez lata nie przechodził dalszych transformacji, by dopiero w XIX wieku zostać „poprawionym”, by postać na nim uwieczniona wpasowała się w wiktoriańskie standardy urody. Przy okazji też zlecający wprowadzenie retuszu podejrzewali (i, jak się okazało, mieli rację), że ładniejsze lico i drobniejsze dłonie będzie łatwiej sprzedać niż XVI-wieczny pasztet.

Źródła: 1, 2


Pokój jak malowany

Pod „Niebieskim pokojem” Picassa historycy sztucy znaleźli inny obraz już wiele lat temu, jednak dopiero w 2014 udało im się zobaczyć „zaginione” dzieło w całej okazałości. Wszystko a sprawą podczerwieni, która pozwoliła rzucić okiem na ubranego w marynarkę brodatego mężczyznę z muszką na szyi, opierającego głowę na własnej ręce. Techniczna analiza wykazała, że portret niezidentyfikowanego mężczyzny (spekulowano, że może być nim bliski przyjaciel malarza, który popełnił samobójstwo na początku XX wieku) powstał na chwilę przed rozpoczęciem prac nad „Niebieskim pokojem”.

"Everything's so fucking blue!"

„Everything’s so fucking blue!”

To, że pokój skrywa tajemnicę spekulowano już w latach 50., kiedy jeden z konserwatorów zanotował, iż niektóre pociągnięcia pędzla nie pasują do kompozycji obrazu. Do lat 90. nie udało się jednak wyjść poza spekulacje, kiedy ostatecznie potwierdzono, że pod warstwą niebieskiej farby faktycznie musi znajdować się czyjś portret. A dlaczego został zamalowany? Picasso nie mógł sobie pozwolić na marnowanie płótna i kiedy wpadał w twórczy szał, brał to co miał akurat pod ręką. Często malował na zwykłym kartonie, ale akurat na „Niebieski pokój” zdecydował się poświęcić nie tylko płótno, ale niemal gotowy już portret.

Sorry Winnetou.

Sorry Winnetou.

Podobny los spotkał też wąsatego mężczyznę, na którym Hiszpan namalował „Kobietę prasującą” (która żadnej prasy się nie boi), zaś analiza „La Vie” wykazała, że pierwotna kompozycja obrazu znacząco różniła się od tego, co możemy obecnie na nim oglądać.

I głowa misą się stała.

I głowa misą się stała.

Źródła: 1, 2, 3


Niewidzialny waleń

Widzicie na poniższym obrazie wieloryba? Wszak jest tu, po prawej stronie! Tu przynajmniej umieścił go Hendrick van Anthonissen w 1641 roku, ale od tego czasu w niewyjaśnionych okolicznościach wyparował. Została po nim jedynie grupa ludzi, która postanowiła w słoneczny dzień zebrać się na plaży, po to by… No właśnie po co? Odwiedzającym różne galerie nie wypada kwestionować zamysłu autorów wiszących tam dzieł, jednak w przypadku „Widoku na plażę Scheveningen” sensu brakowało niemal już w chwili przekazania obrazu do Fitzwilliam Museum w drugiej połowie XIX wieku.

Jak na dłoni.

Jak na dłoni.

Na początku 2014 roku obraz Anthonissena trafił w ręce doktorantki Uniwersytetu Cambridge Shan Kuang, która otrzymała zadanie oczyszczenia dzieła z żółtego nalotu. Mozolnie usuwając stary werniks zauważyła, że na namalowanym horyzoncie przebija się kształt podobny do żagla oraz sylwetka mężczyzny stojącego na fali. Stopniowo usuwając dalszą część lakieru Kuang odkryła, że malarz nie umieścił na swoim dziele pierwszego w historii windsurfingowca, ale gigantycznego wieloryba wyrzuconego na brzeg morza. To właśnie z jego powodu na plaży zebrali się gapie, z których co odważniejsi zdecydowali się wspiąć na smażące się w słońcu truchło.

Gdzieś tam.

Gdzieś tam.

Biedaczysko.

Biedaczysko.

Dlaczego jednak zamalowano tę bardzo ciekawą scenę, zastępując ją niezrozumiałym wiecem na piasku? Otóż w XVIII i na początku XIX wieku obecność na obrazach martwych zwierząt uznawana była za coś nieodpowiedniego, tak więc by obraz nie budził kontrowersji zlecono jego ocenzurowanie, przez całkowite pozbawienie głównego powodu jego namalowania. Ale tym sposobem, co dziwne, jego wartość w oczach handlarzy z osiemnastego stulecia znacząco wzrosła.

Jęki walenia siłą rzeczy musiały budzić kontrowersje.

Jęki walenia siłą rzeczy musiały budzić kontrowersje.

Źródła: 1, 2


Zaginiona bitwa

Jeden z najsłynniejszych zaginionych obrazów, do dziś budzące olbrzymie emocje dzieło Leonarda Da Vinci przedstawiające niezwykle istotne wydarzenie z historii Florencji, bo uświetniające jej wielkie zwycięstwo w „Bitwie pod Anghiari” powstawało w latach 1503-1506. Według Irvinga Stone’a (który prowadził badania pod kierunkiem naukowców do swojej książki o Michale Aniele), Da Vinci dokończył dzieło, jednak uległo ono zniszczeniu przez źle wykonaną eksperymentalną miksturę, którą użył w procesie twórczym mistrz Leonardo. Pod wpływem gorąca użyty w niej wosk roztopił się i spowodował spłynięcie farb. To jednak tylko jedna z wersji tej historii.

Ponoć wyglądało to ładniej. Użyjmy więc wyobraźni.

Ponoć wyglądało to ładniej. Użyjmy więc wyobraźni.

Inna, zdecydowanie bardziej popularna, mówi o tym, że dzieło przetrwało do czasów dzisiejszych, ale zostało ukryte przez XVI-wiecznego malarza Giorgio Vasariego, który miał zabudować go ścianą na której namalował własny fresk – „Bitwę pod Marciano”. Teoria ta jest o tyle ciekawa, że Vasari już wcześniej dopuścił się podobnego „występku” zabudowując „Świętą Trójcę” Masaccia w kościele Santa Maria Novella. Dopiero w 1861 roku ściana Vasariego została usunięta, a dzieło Masaccia ujrzało na powrót światło dzienne.

Marciano do Grunwaldu Matejki nie ma nawet startu.

Marciano do Grunwaldu Matejki nie ma nawet startu.

W 2012 roku podjęto próbę potwierdzenia teorii o ukrytym obrazie Leonarda, nawiercając w uszkodzonych (bądź restaurowanych już wcześniej) miejscach fresk Vasariego, wprowadzając kamerę endoskopową i pobierając zza niego próbki pigmentu. I chociaż po początkowej euforii zaczęto przygotowania do odsłonięcia ściany za „Bitwą pod Marciano”, ostatecznie burmistrz Florencji nakazał przerwać prace, gdy pracownicy florenckiego muzeum wykluczyli możliwość przeprowadzenie kolejnych odwiertów. Dzieło Vasariego uznano za tak cenne, że nie warto ryzykować jego zniszczenia w pogodni za mrzonką. Ale czy to na pewno mrzonka?

"Coś ty, kurwa, zrobił?!" (fot. National Geographic Channel)

„Coś ty, kurwa, zrobił?!” (fot. National Geographic Channel)

Do czasu odnalezienia oryginału, inspirowana nim wersja Rubensa pozostanie najlepszym odwzorowaniem wydarzeń legendarnej bitwy. I może niech tak zostanie.

Do czasu odnalezienia oryginału, inspirowana nim wersja Rubensa pozostanie najlepszym odwzorowaniem wydarzeń legendarnej bitwy. I może niech tak zostanie.

Źródła: 1, 2, 3