Szybka recka: Kształt wody (2017)

Bardzo chciałem polubić nowy film Guillermo del Toro. Tak jak i inne jego filmy. I tak jak w przypadku tych ostatnich, nie bardzo się to udało.

Recenzja „The Shape of Water”

Plakat naprawdę jest zjawiskowy.
Plakat naprawdę jest zjawiskowy.

13 nominacji do Oscara, kultowy reżyser u steru, wielkie oczekiwania podkręcane przez fanboyów meksykańskiego twórcy, intrygujący zwiastun i zjawiskowy plakat promujący – trudno było podejść do „Kształtu wody” bez jakichkolwiek oczekiwań. Coś musiało być w końcu na rzeczy, skoro tego typu produkcja zdobyła uznanie zgryźliwych tetryków z Amerykańskiej Akademii Filmowej. Siedziałem więc bite dwie godziny w Multikinie, zastanawiając się, kiedy to „coś” objawi się spragnionemu widzowi. I co? I gówno.

Jak dotąd myślałem, że najgorszym filmem spośród dziewiątki nominowanych jest „Uciekaj!” Jordana Peele’a. Po ostatnim wieczorze zaczynam mieć jednak wątpliwości, czy sztampowy pseudo-horror wykpiwający rasizm nie jest przypadkiem odrobinę lepszy od hollywoodzkiej adaptacji utworu „Jožin z bažin” Ivana Mládka i Banjo Band. Pamiętacie?

 
Oglądanie nowego del Toro jest równie zabawne – nie tylko dlatego, że reżyser serwuje nam przedziwną mieszankę gatunkową zabarwioną nawet podobnej klasy utworem tanecznym. Otóż prezentowana na ekranie opowieść ma tyle samo polotu, co historia Józka z bagien na Morawach. Gdzieś na bagnach Amazonii schwytano bowiem dziwnego stwora, którego okoliczni mieszkańcy czcili jak bożka – jak się domyślam, po to by ich nie gryzł, ssał lub dusił. Bohaterskiego w swoim mniemaniu czynu dokonał niejaki Richard Strickland, po czym postanowił przewieźć humanoida do schronu w Baltimore, by wypatroszyli go amerykańscy naukowcy. Pułkownik Strickland nie przewidział jednak, że pracująca w bunkrze samotna i umilająca sobie czas poranną masturbacją sprzątaczka za pomocą kilku jajek uwiedzie potwora z bagien i zechce spędzić z nim resztę życia, dzieląc od czasu do czasu wodne łóżko.

Jožin z bažin The Movie

Tak w dużym skrócie przedstawia się fabuła „Kształtu wody”. Sami przyznacie, że nawet jak na filmową baśń, prezentuje się raczej skromnie i mocno niedorzecznie. I chociaż aktorzy dwoją się i troją (najlepsza z obsady o dziwo była jednak Octavia Spencer, która znowu zagrała samą siebie), by całość była dla widza raczej strawna, ja od mniej więcej połowy filmu i rzuconej w przelocie uwadze o prąciu więzionego w bunkrze potwora miałem w głowie już tylko kultową piosenkę z 1978 roku.

Krótko mówiąc, nie rozumiem zachwytów nad „Kształtem wody” i nie zdziwię się, jeśli podzieli los „Gangów Nowego Jorku”. Chociaż ten drugi przy „The Shape of Water” zasługuje na każdą ze statuetek, w kategoriach w których ongiś był nominowany. Prawdopodobnie nie będzie tak źle i ta wzruszająca (kogoś) opowieść o inności z zakończeniem rodem ze „Shreka” koniec końców kilka złotych rycerzy zgarnie. Ale uczucie niesmaku na pewno pozostanie ze mną na dłużej.